Pierwszy września zwykle przychodzi z papierowym chłodem. Kalendarz odwraca kartkę, szkoły otwierają drzwi, wieczór zjawia się wcześniej, a lato zaczyna wyglądać jak rzecz, którą trzeba już wspominać. Wtedy wchodzi gitara Ala McKaya. Kilka krótkich, sprężystych dźwięków i wrzesień przestaje być miesiącem. Znowu jest temperaturą.
„September” nie zaczyna się od wielkiego gestu. Najpierw jest drobne szarpnięcie strun, rytmiczne i zwarte, zaraz potem bas Verdine’a White’a, perkusja, klawisze i sekcja dęta ułożona przez Thomasa „Tom Toma” Washingtona. Maurice White uważał, że właśnie gitarowe intro McKaya oraz latynosko zabarwiona fanfara dęciaków nadały nagraniu jego rozpoznawalny blask. Wszystko jest jasne, ale nic nie jest lekkie przypadkiem. Każda warstwa pracuje, żeby ciało ruszyło wcześniej, niż głowa zdąży ustalić powód.
Harmonia też nie daje odpocząć. Progresja krąży przez Dmaj7, C#m7, Bm7, C#m7 i F#m7, po czym w jednym obiegu subtelnie zmienia C#m7 na C#7. To niewielki ruch, lecz wystarcza, by napięcie podniosło głowę. Tonika A dur pojawia się słabo, niemal przejazdem, dlatego utwór przez cały czas sprawia wrażenie zawieszonego kilka centymetrów nad ziemią. Nie dochodzi do celu, bo jego celem jest samo poruszanie się.
Początek powstał w domowym studiu McKaya późną wiosną albo wczesnym latem 1978 roku. Gitarzysta ustawił groove, zagrał go Maurice’owi White’owi, a ten po kolejnych powtórzeniach dopisał pierwszą melodię i pytanie o pamięć. Allee Willis, zaproszona do wspólnego pisania, usłyszała intro i od razu pomyślała, że brzmi jak hit. Utwór miał być jedną z nowych piosenek do pierwszej składanki największych przebojów Earth, Wind & Fire. Materiał pomocniczy do sprzedaży albumu wyrósł później na jeden z najbardziej nieśmiertelnych punktów całego katalogu.
Najwięcej zamieszania wywołały rzeczy pozornie najmniej znaczące. Willis długo chciała zastąpić „ba-dee-ya” pełnoprawnymi słowami. Maurice White odmówił, bo sylaby siedziały w rytmie idealnie. Dla Willis stało się to lekcją, że tekst nie może zagradzać drogi groove’owi. Przez dekady opowiadała też, że 21 września wybrano wyłącznie dlatego, że ta data najlepiej się śpiewała. Dopiero po śmierci White’a jego żona Marilyn ujawniła drugi sens. Był to przewidywany termin narodzin ich syna Kahbrana, który ostatecznie przyszedł na świat przedwcześnie, 1 sierpnia. Prywatna wiadomość została ukryta w piosence tak skutecznie, że współautorka poznała ją po latach.
Może właśnie dlatego „September” tak dobrze radzi sobie z pamięcią. Nie konserwuje jej jak fotografii. Otwiera drzwi i wpuszcza wspomnienie z powrotem do pokoju, rozgrzane, głośne, nadal zdolne przesuwać meble. Maurice White śpiewa o przeszłości, lecz aranżacja nie zna czasu przeszłego. Bas nie wspomina. Dęciaki nie wzdychają. Gitara McKaya nie ogląda się za siebie. Każdy element zachowuje się tak, jakby tamta noc nadal trwała.
Utwór ukazał się dopiero w listopadzie 1978 roku, więc nawet data premiery odmówiła współpracy z tytułem. Czterdzieści lat później nagranie trafiło do amerykańskiego National Recording Registry jako dzieło ważne kulturowo, historycznie lub estetycznie. Instytucje dopisały pieczęć do czegoś, co parkiety wiedziały od dawna.
Pierwszego września można więc wybrać melancholię, sweter i ceremonialne żegnanie wakacji. Można też włączyć „September” i zauważyć, że kalendarz nie ma władzy nad temperaturą muzyki. Lato cofa się za oknem, ale tu nic nie stygnie. Pamięć nie zamienia się w muzeum. Dostaje bas, dęciaki i trzy sylaby bez znaczenia, które znaczą wszystko.












Comentários
0