Najpierw pojawia się połysk, ale nie ten najbardziej oczywisty, zapisany w białych marynarkach, wielkich fryzurach, neonach i samochodach sunących nocą pod hotelem. Everything She Wants buduje luksus przede wszystkim dźwiękiem, jego gładką powierzchnią, chłodną precyzją automatu perkusyjnego i miękkim światłem syntezatorów.
Stopa LinnDrum jest sucha, równa i niemal bezwzględna, podczas gdy syntezatorowy bas porusza się miękko, sprężyście i bardzo zmysłowo. Nad nim pojawiają się krótkie akordy Rolanda Juno 60, szerokie, lekko szkliste, chwilami przypominające światło odbijające się od wypolerowanego metalu.
Wszystko jest syntetyczne, ale nic nie wydaje się martwe, ponieważ groove od początku pracuje gdzieś pomiędzy ciałem a maszyną. Można przy nim tańczyć, można dać się uwieść jego elegancji, a po chwili poczuć, że pod tą piękną powierzchnią zaczyna brakować powietrza.
I właśnie ta sprzeczność jest dla mnie sednem Everything She Wants.
Utwór wygląda w wyobraźni jak luksusowa witryna z połowy lat osiemdziesiątych, lecz po wejściu do środka okazuje się, że drzwi zatrzasnęły się za plecami.
Jeden syntezator wystarczył
George Michael zbudował nagranie przede wszystkim od rytmu i brzmienia, co w jego przypadku nie było najbardziej oczywistym sposobem komponowania. Najpierw powstał puls automatu perkusyjnego, potem syntezatorowa konstrukcja, a dopiero na niej pojawiła się melodia wokalu i cała emocjonalna architektura piosenki.
To bardzo dobrze słychać, ponieważ Everything She Wants nie zachowuje się jak klasyczny numer popowy, do którego po wszystkim doklejono modną elektronikę. Piosenka rodzi się wewnątrz maszyny, z powtarzalności, barwy, napięcia między basem i perkusją oraz przestrzeni pozostawionej dla głosu.
Dwutaktowy loop LinnDrum jest wręcz prowokacyjnie regularny, ale właśnie dzięki temu staje się jednym z najważniejszych bohaterów nagrania. Nie próbuje udawać żywego perkusisty, nie przyspiesza pod wpływem emocji i nie daje bohaterowi chwili oddechu, tylko wraca z tą samą dokładnością.
Można w tym usłyszeć niemal rytm codzienności, pracę powtarzaną od rana do wieczora, kolejny tydzień zamieniany na pieniądze i następny miesiąc zaczynający się dokładnie tam, gdzie skończył się poprzedni.
Nad tym wszystkim pracuje Juno 60, z którego George Michael wydobywa zaskakująco bogaty świat przy bardzo ograniczonej liczbie środków. Bas, akordy i drobne syntezatorowe gesty należą do jednej rodziny brzmieniowej, dlatego utwór jest niezwykle spójny, mimo że sprawia wrażenie znacznie bardziej rozbudowanego.
To jedna z tych produkcji, które przypominają, że bogactwo aranżacji nie musi oznaczać tłumu instrumentów.
Czasem wystarczy kilka odpowiednich dźwięków, jeśli każdy z nich dokładnie wie, po co istnieje.
Blichtr bez kiczu
Lata osiemdziesiąte nauczyły pop, że przesada może być elegancka, a nowoczesność może stać się nie tylko środkiem wyrazu, lecz również przedmiotem pożądania. Chrom, szkło, pastelowe garnitury, zegarki, japońska elektronika, coraz większe reklamy i jeszcze większe aspiracje tworzyły świat, który miał błyszczeć nawet wtedy, kiedy nikt już właściwie nie pamiętał dlaczego.
Wham! pasowali do tej rzeczywistości niemal idealnie, ponieważ byli młodzi, piękni, opaleni i wyglądali jak ludzie permanentnie zmierzający na wakacje. Ich wizerunek obiecywał lekkość, pieniądze, słońce i życie pozbawione ciężaru, który zazwyczaj pojawia się kilka minut po zrobieniu zdjęcia.
Everything She Wants bierze jednak cały ten obraz i powoli przyciemnia światło, nie niszcząc przy tym ani jednej jego atrakcyjnej powierzchni. Syntezatory nadal brzmią pięknie, LinnDrum nadal pracuje z perfekcyjną dokładnością, a bas wciąż pozostaje jednym z najbardziej cielesnych elementów nagrania.
Tyle że cały ten luksus zaczyna uwierać.
Rytm przestaje być wyłącznie zaproszeniem na parkiet i zaczyna przypominać system, z którego trudno się wydostać. Każdy takt wraca na swoje miejsce, dokładnie tak jak obowiązki, rachunki, potrzeby i oczekiwania, które początkowo wydają się częścią dorosłego życia, a potem zaczynają wypełniać je niemal w całości.
To właśnie wtedy pojawia się charakterystyczna emocja tego utworu, bardzo rzadka w przebojowym popie: jednoczesne pragnienie i zmęczenie tym, czego się pragnie. Muzyka jest kusząca, gładka i seksualna, ale im dłużej trwa, tym bardziej wyczuwa się pod nią napięcie człowieka, który wszystko robi poprawnie, a mimo to nie zbliża się do spokoju.
George Michael nie potrzebuje wielkiego gestu
Najciekawsze jest to, że George Michael nie próbuje tego napięcia wykrzyczeć, choć materiał aż prosiłby się o dramatyczny finał i kilka spektakularnych wokalnych eksplozji. Śpiewa raczej miękko, chwilami niemal konwersacyjnie, pozwalając, żeby frustracja pojawiała się stopniowo i coraz wyraźniej przebijała przez kontrolowaną powierzchnię nagrania.
Jego głos nie walczy z elektroniką, tylko przesuwa się nad nią i pomiędzy jej elementami, chwilami brzmiąc jak kolejna część tej samej maszyny. Dopiero kolejne warstwy wokalne, odpowiedzi, westchnienia i harmonie sprawiają, że ciasna konstrukcja zaczyna się rozszerzać, choć emocjonalnie bohater znajduje się dokładnie w odwrotnym miejscu.
Zamiast wolności pojawia się coraz silniejsze poczucie osaczenia.
To bardzo inteligentny zabieg, ponieważ muzyka pozostaje przyjemna niemal do końca, a słuchacz zaczyna odczuwać dyskomfort dopiero wtedy, kiedy już zdążył się w niej wygodnie urządzić.
I właśnie wtedy tekst zaczyna naprawdę mieć znaczenie.
Najciemniejszy Wham!
Nie trzeba rozbierać każdego zdania na części, żeby zrozumieć, co dzieje się z bohaterem Everything She Wants. Pracuje, zarabia, kupuje, próbuje sprostać oczekiwaniom, a z każdym kolejnym obrotem tej samej maszyny coraz słabiej rozumie, po co właściwie nadal w niej uczestniczy.
Informacja o ciąży podnosi stawkę, bo kryzys przestaje dotyczyć wyłącznie związku i zaczyna obejmować przyszłość, odpowiedzialność oraz poczucie, że każde następne zobowiązanie będzie wymagało jeszcze więcej pracy. George Michael nie zamienia jednak tego w balladę o nieszczęśliwym małżeństwie, bo byłoby to zdecydowanie mniej interesujące.
Zamiast fortepianu i łez dostajemy funk.
Bardzo syntetyczny, bardzo brytyjski, bardzo połowolat osiemdziesiątych funk, którego bas jest miękki i lepki, rytm niemal klubowy, a syntezatory odpowiadają krótkimi, precyzyjnymi uderzeniami. Nad tą konstrukcją głos próbuje znaleźć trochę przestrzeni, jak człowiek szukający powietrza w pięknie urządzonym mieszkaniu, z którego nagle chciałby wyjść.
Im bardziej bohater czuje się uwięziony, tym bardziej elegancko brzmi jego więzienie.
I chyba właśnie dlatego emocjonalnie Everything She Wants jest znacznie ciekawsze od piosenki, która smutek podałaby wprost.
1984
Everything She Wants znalazło się na Make It Big, albumie, który zamienił Wham! z ogromnie popularnego brytyjskiego duetu w zjawisko obejmujące właściwie cały zachodni pop. W Wielkiej Brytanii utwór pojawił się razem z Last Christmas, natomiast w Stanach Zjednoczonych został później potraktowany jako samodzielny singiel i dotarł do pierwszego miejsca Billboard Hot 100.
To szczególnie ciekawe, ponieważ spośród wielkich przebojów Wham! właśnie ten najmniej wygląda na piosenkę stworzoną według instrukcji zdobywania świata. Nie ma eksplozji Wake Me Up Before You Go Go, natychmiastowej nostalgii Last Christmas ani romantycznego rozmachu Careless Whisper.
Jest za to groove, automat perkusyjny, kilka znakomitych barw syntezatora i George Michael coraz wyraźniej odkrywający, że potrafi sam zbudować cały świat nagrania. W tej kontroli nad każdym elementem można już usłyszeć artystę, który kilka lat później będzie traktował studio niemal jak instrument i stworzy Faith.
George Michael przez lata darzył Everything She Wants szczególną sympatią i wracał do niego również podczas solowych koncertów.
Trudno się temu dziwić.
To jeden z momentów, w których Wham! nadal są Wham!, ale George Michael zaczyna już brzmieć jak George Michael.
Wszystko, czego chciały lata osiemdziesiąte
Najbardziej lubię jednak Everything She Wants jako kawałek dźwiękowego designu, bo ten utwór niemal posiada własną powierzchnię, temperaturę i rodzaj światła. Można poczuć chłód szkła, połysk metalu, miękkość skóry i fluorescencyjną poświatę odbijającą się nocą w witrynach miasta.
To kultowy blichtr lat osiemdziesiątych, lecz pod całą jego elegancją pulsuje znacznie mniej wygodne pragnienie, żeby ciągle mieć więcej niż przed chwilą. Kolejne rzeczy, kolejne sukcesy, większe pieniądze, lepszy samochód czy piękniejszy dom nie tworzą tutaj katalogu marzeń, tylko coraz dłuższy rachunek wystawiany człowiekowi za obietnicę szczęścia.
Everything She Wants nie wygłasza przeciwko temu światu żadnego manifestu, ponieważ muzycznie jest nim równie mocno oczarowane jak my. Pozwala nam cieszyć się jego luksusem, tańczyć do jego rytmu i przez kilka minut naprawdę chcieć zamieszkać wewnątrz tego syntetycznego blasku, a dopiero potem podsuwa nieprzyjemne pytanie, dlaczego mimo całej tej obfitości robi się coraz ciaśniej.
LinnDrum nie przestaje pracować, Juno nadal lśni, a bas utrzymuje ten cudownie cielesny puls, podczas gdy w głosie George’a Michaela rośnie zmęczenie człowieka, który już dawno przekroczył granicę między ambicją a przymusem. Powstaje z tego dziwna mieszanina fascynacji, przyjemności i niepokoju, jak oglądanie pięknego mieszkania, w którym po kilku minutach zauważa się, że nie ma żadnych drzwi.
Dlatego czterdzieści lat później Everything She Wants nadal brzmi tak dobrze, bo nie przebiera się za lata osiemdziesiąte i nie traktuje ich jak zestawu zabawnych rekwizytów.
Ono naprawdę nimi oddycha.
Pięknymi, syntetycznymi, drogimi i coraz bardziej dusznymi.












Commenti
0