Obudziłem się dzisiaj o szóstej. Zanim pojawił się telefon, kawa, wiadomości i cały ten codzienny szum, byli Staś i Anielka. Pierwsza myśl. Nie jakaś wielka refleksja o ojcostwie, tylko ich obecność w głowie, natychmiastowa i bardzo fizyczna mimo kilometrów. Tęsknota ma paskudny zwyczaj przychodzenia przed człowiekiem do jego własnego poranka.
A potem przypomniałem sobie, że jest piątek.
I gdzieś w głowie od razu zaczyna grać „Friday I’m in Love”.
To niemal podejrzanie pogodna piosenka jak na The Cure. Gitara wpada w D-dur, za nią następna, bas podnosi całość z ziemi, perkusja nie maszeruje, tylko lekko pogania. Melodia nie próbuje nikogo przekonać do szczęścia. Zachowuje się raczej tak, jakby szczęście już znajdowało się w pokoju i wystarczyło przestać je przesłuchiwać.
Ta lekkość powstała zresztą trochę przez przypadek. Utwór nagrano w D-dur, ale podczas pracy z regulacją prędkości taśmy nagranie zostało przyspieszone i ostateczna wersja znalazła się mniej więcej ćwierć tonu wyżej, pomiędzy D i Es. Nagle wszystko zrobiło się jaśniejsze, bardziej połyskliwe, niemal nienaturalnie radosne. To jedyny utwór na Wish znajdujący się w takim stroju, dlatego nawet na tle własnego albumu brzmi, jakby światło padało na niego pod innym kątem.
Jeszcze wcześniej nie było nawet pewności, czy ta muzyka rzeczywiście jest nowa. Progresja akordów wydawała się tak naturalna, że pojawiło się podejrzenie przypadkowego podkradzenia jej komuś z pamięci. Zaczęło się więc telefonowanie do ludzi i odgrywanie melodii z pytaniem, czy już jej gdzieś nie słyszeli. Nikt nie rozpoznał. Jedna z najbardziej znajomych melodii lat dziewięćdziesiątych musiała dopiero zostać napisana.
To chyba moja ulubiona rzecz w „Friday I’m in Love”. Piosenka brzmi jak wspomnienie już przy pierwszym odsłuchu.
Nie potrzebuje skomplikowanej filozofii. Przechodzi przez kolejne dni tygodnia, każdy z własnym ciężarem, aż dochodzi do piątku i nagle cała buchalteria przestaje mieć znaczenie. Pierwotnie utwór był znacznie wolniejszy i bardziej ponury. Dopiero podczas grania tempo zaczęło rosnąć, aż muzycy odkryli, że pod spodem od początku ukrywała się piosenka pop.
I może dlatego dzisiaj działa na mnie mocniej niż zwykle.
Z reguły lubię ludzi. Naprawdę. Lubię ich ciekawość, głupie żarty, czułość, dziwactwa, potrzebę opowiadania komuś o piosence znalezionej o drugiej w nocy. Wiem też, że istnieją ludzie, dla których słowo miłość byłoby pomyłką kierunku. Ale szkoda piątku, szkoda muzyki i przede wszystkim szkoda miejsca w głowie, żeby oddawać im kolejne linijki.
Wolę zostawić je Stasiowi i Anielce.
Bo miłość wcale nie musi oznaczać, że wszystko jest dobrze. Można tęsknić tak mocno, że szósta rano robi się nagle za duża i zbyt cicha, a jednocześnie kilka godzin później śmiać się z czegoś kompletnie idiotycznego. Jedno nie unieważnia drugiego. „Friday I’m in Love” doskonale zna tę sztuczkę. Nie neguje poniedziałku, wtorku ani całej reszty tygodnia. Po prostu nie pozwala im odebrać piątku.
Może właśnie dlatego ta bezczelnie jasna piosenka pasuje do The Cure bardziej, niż sugeruje stereotyp zespołu ubranego na czarno. Radość nie jest przeciwieństwem melancholii. Czasem wyrasta dokładnie z tego samego miejsca, tylko na kilka minut odwraca twarz w stronę słońca.
Dzisiaj wystarczy mi tyle.
Staś. Anielka. Szósta rano. Tęsknota.
A potem gitara robi swoje.
It’s Friday. I’m in love. ❤️












Commenti
0