Są melodie starsze od wspomnień
Nie pamiętam dnia, w którym pierwszy raz usłyszałem Bitter Sweet Symphony. Pamiętam za to wszystko wokół niej. Telewizor grający gdzieś w tle, MTV przeplatające się z Radiem Zet, które wtedy jeszcze potrafiło zaskakiwać muzyką, godziny spędzone przy Transport Tycoon, pociągi sunące przez mapę, autobusy łączące małe miasteczka, samoloty znikające za horyzontem. Miałem osiem albo dziewięć lat i nie wiedziałem jeszcze, kim jest Richard Ashcroft (wokal), czym różni się britpop od shoegaze’u ani dlaczego w ogóle istnieją zespoły, które nie chcą pisać prostych przebojów. Wiedziałem tylko jedno; kiedy zaczynały grać te smyczki, świat wydawał się większy. W bębnach słyszałem coś przyjemnego i niepokojącego jednocześnie, w gitarach coś odległego, a w głosie Ashcrofta dziwną pewność człowieka, który sam nie wie, dokąd idzie, lecz nie zamierza się zatrzymać. Czy nie tak właśnie działa dzieciństwo? Nie rozumie jeszcze świata, ale chłonie jego rytm.
Człowiek idzie, świat stoi
Teledysk do Bitter Sweet Symphony należy do najbardziej rozpoznawalnych obrazów lat dziewięćdziesiątych. Richard Ashcroft idzie londyńską ulicą, nie omija przechodniów, nie zatrzymuje się, nie przeprasza za swoją obecność. Ludzie wpadają na niego, samochody przecinają kadr, miasto żyje własnym tempem, a on po prostu idzie dalej. Przez lata wydawało się, że to opowieść o buncie. Dzisiaj widzę w niej coś zupełnie innego. To historia człowieka, który zrozumiał, że świata nie da się przesunąć o kilka centymetrów tylko dlatego, że bardzo tego chce. Można jednak zachować własny rytm. Właśnie dlatego ten teledysk nie starzeje się ani trochę. Nie opowiada o modzie lat dziewięćdziesiątych. Opowiada o każdym z nas, kto choć raz miał wrażenie, że całe otoczenie próbuje zmusić go do zejścia z obranej drogi.
Dlaczego ta muzyka działa?
Najłatwiej powiedzieć, że to zasługa słynnych smyczków. Byłyby to jednak tylko pół prawdy. Smyczkowa introdukcja przyciąga uwagę, lecz gdy po kilkunastu sekundach dołączają Simon Jones (gitara basowa) i Peter Salisbury (perkusja), dzieje się coś znacznie ciekawszego. Bas nie popisuje się wirtuozerią; uparcie powtarza ten sam motyw, budując fundament, od którego trudno się uwolnić. Perkusja również nie próbuje błyszczeć. Salisbury gra z niezwykłą dyscypliną, zostawiając muzyce miejsce na oddech. Nad tym wszystkim unosi się gitara Nicka McCabe’a (gitara), często pomijana przez słuchaczy, ponieważ smyczki kradną pierwszy plan. Tymczasem to właśnie ona dodaje utworowi powietrza, subtelnych szumów i drobnych odbić światła. Kiedy słuchacie Bitter Sweet Symphony w słuchawkach, spróbujcie na chwilę zapomnieć o orkiestrze. Posłuchajcie gitary. Okaże się, że pod największym przebojem The Verve nadal oddycha ten sam zespół, który kilka lat wcześniej nagrał A Storm in Heaven. To nie jest przypadek. To ciągłość.
Hymn o bezradności
Największy paradoks tej piosenki polega na tym, że brzmi jak zwycięstwo, choć opowiada o bezsilności. Melodia unosi się coraz wyżej, rytm pcha wszystko do przodu, a Ashcroft śpiewa o życiu, którego nie da się ułożyć według własnego planu. Nie krzyczy, nie dramatyzuje, nie próbuje przekonać słuchacza na siłę. W jego głosie słychać raczej pogodzenie z faktem, że człowiek nie kontroluje wszystkiego, a mimo to każdego ranka wstaje i idzie dalej. To właśnie dlatego utwór działa równie mocno po niemal trzech dekadach. Nie obiecuje, że będzie dobrze. Mówi tylko, że warto zrobić następny krok. Czasem właśnie tyle wystarcza!
Piosenka, której odebrano nazwisko
Historia sporu o prawa autorskie stała się niemal tak słynna jak sam utwór. Większość honorariów trafiła do Micka Jaggera (wokal) i Keitha Richardsa (gitara), ponieważ wykorzystano fragment orkiestrowej wersji utworu The Last Time, nagranej przez Andrew Oldham Orchestra. Przez lata wydawało się, że The Verve stracił własne dzieło. Dopiero po wielu latach prawa do kompozycji wróciły do Richarda Ashcrofta. Łatwo zamienić tę historię w opowieść o prawnikach, kontraktach i salach sądowych. Mnie ciekawi coś innego: jak przewrotne potrafi być życie. Piosenka opowiadająca o tym, że niewiele od nas zależy, sama stała się najlepszym dowodem na własną tezę.
Muzyka pamięta za nas
Po latach nie wracam do Bitter Sweet Symphony dlatego, że jest wielkim przebojem. Wracam, ponieważ słyszę w niej coś, czego nie potrafię odnaleźć w żadnym albumie ze zdjęciami. Kilka sekund muzyki wystarcza, żeby znów zobaczyć ekran starego komputera, mapę Transport Tycoon, samoloty przecinające pikselowe niebo i świat, który wydawał się nieskończenie większy od człowieka siedzącego przed monitorem. Najdziwniejsze jest jednak to, że ta piosenka nie zatrzymała się tam razem z dzieciństwem. Dorosła. Ja dorosłem. Świat też zdążył się zmienić. A ona nadal idzie przed siebie tym samym spokojnym krokiem.
.
.
.
Bitter Sweet Symphony pozostaje czymś więcej niż jednym z największych hymnów britpopu. To utwór, który nie przechowuje wspomnień. On je budzi. I robi to z taką naturalnością, jakby przez wszystkie te lata cierpliwie czekał, aż znowu będziecie gotowi go naprawdę usłyszeć.













Commentaires
0