Trzy tygodnie zamiast dwudziestu czterech lat
Najmniej interesującą informacją o More jest ta, którą powtarzano najczęściej: Pulp nagrał pierwszy album od dwudziestu czterech lat. Znacznie ciekawsze okazuje się to, że materiał powstał w trzy tygodnie, jakby długa cisza nie potrzebowała uroczystego przełamania, lecz kilku dobrych decyzji podjętych bez oglądania się na zegar. James Ford (produkcja) nie urządził zespołowi rekonstrukcji dawnego brzmienia; zamknął go w londyńskim studiu, pozwolił grać szybko, a potem zachował w nagraniach świeżość pierwszego odruchu. Jarvis Cocker (wokal) przyszedł z gotowymi tekstami, Nick Banks (perkusja) nie musiał przez tygodnie szukać idealnego werbla; piosenki ruszyły, zanim zdążyły obrosnąć oczekiwaniami.
Powietrze między instrumentami
Ford nie próbuje uczynić Pulp zespołem nowoczesnym, ponieważ byłby to gest równie rozpaczliwy jak cyfrowe wygładzanie starej fotografii. Zamiast tego porządkuje przestrzeń; rytm ma sprężystość, fortepian nie tonie pod gitarami, klawisze Candidy Doyle (instrumenty klawiszowe) mogą migotać na obrzeżach melodii, a Mark Webber (gitara) wchodzi wtedy, gdy utwór potrzebuje napięcia, nie kolejnej warstwy hałasu. Smyczki Richarda Jonesa (aranżacje smyczkowe), wykonane przez Elysian Collective, podnoszą temperaturę, lecz nie zamieniają piosenek w dekoracyjne widowiska. More brzmi szeroko, klarownie i miękko; każdy szczegół ma swoje miejsce, ale żaden nie stoi przed muzyką z tabliczką informującą, jak bardzo jest ważny.
Reflektory zapalają się po kolei
Spike Island otwiera album energią zespołu, który nie zamierza wchodzić na scenę ostrożnie; rytm pcha utwór do przodu, gitara rozcina przestrzeń, a głos Cockera pojawia się dokładnie tam, gdzie powinien, trochę obok melodii, trochę wewnątrz niej. Później płyta zaczyna zmieniać kształt. Slow Jam wyrasta z luźnego, niemal funkowego pulsu, stopniowo nabiera objętości, po czym pozwala smyczkom unieść refren i spokojnie się wycofuje. Got to Have Love porusza się jak taneczny numer, który zna własną cenę; The Hymn of the North rozwija fortepianową prostotę w szeroką, emocjonalną kulminację. Pulp nadal potrafi pisać melodie chwytliwe, lecz nigdy całkiem wygodne; refren zaprasza bliżej, a harmonia już sugeruje, że za chwilę coś się przesunie.
Głos bez przymusu udowadniania
Na More Cocker nie walczy z aranżacją i nie próbuje odzyskać dawnego napięcia przez podnoszenie głosu; śpiewa spokojniej, czasem prawie mówi, czasem zostawia frazę niedomkniętą, jakby cisza mogła dopowiedzieć więcej niż kolejny wers. W tej oszczędności pojawia się dojrzałość, ale nie stateczność. Ironia nadal potrafi ukłuć, pożądanie nadal wraca w najmniej odpowiednim momencie, czułość nadal bywa podejrzana; zmienił się jedynie punkt obserwacyjny. Dawniej Pulp oglądał ludzi, którzy chcieli żyć szybciej, niż pozwalało im życie, teraz słucha, co zostaje po tych wszystkich przyspieszeniach. Background Noise nie jest tylko tytułem; staje się obrazem emocji, które łatwo zagłuszyć codziennością, dopóki muzyka nie wydobędzie ich z powrotem na powierzchnię.
Obecność zapisana w ruchu
Steve Mackey (gitara basowa) nie gra na tym albumie, lecz jego brak nie zostaje oprawiony w czarną ramę. More jest mu dedykowany, a dwa utwory, Grown Ups i Got to Have Love, zachowują jego współautorstwo; ważniejsze jednak, że pamięć o nim działa w samym sposobie poruszania się płyty. Bas nie próbuje imitować jego charakteru, zespół nie buduje pomnika z ciszy, nie zatrzymuje rytmu dla obowiązkowej minuty żałoby. Strata zmienia gęstość brzmienia; w jaśniejszych fragmentach pojawia się cień, w melancholijnych zostaje odrobina ciepła, a piosenki idą dalej bez udawania, że nic się nie wydarzyło. To uczciwsze niż patos, ponieważ człowiek znika, lecz muzyka, którą współtworzył, nadal wpływa na kierunek następnego kroku.
Rozpoznawalni bez autocytatu
Największy sukces More polega na natychmiastowej rozpoznawalności bez kopiowania własnych gestów. Jest tu taneczny puls, barokowa melodyjność, chłodne klawisze, lekko teatralny wokal i obserwacje, które najpierw bawią, a chwilę później odsłaniają coś niezręcznie prawdziwego; żadna z tych cech nie została jednak wyciągnięta z archiwum i wypolerowana dla publiczności spragnionej roku 1995. Pulp pamięta dawne mieszkanie, lecz nie próbuje w nim ponownie zamieszkać. More otwiera okna, przestawia meble, wpuszcza inne światło; po dwudziestu czterech latach nie zamyka historii zespołu, tylko dopisuje do niej rozdział, który brzmi jak początek następnego. Pulp nie wrócił, ponieważ nigdy nie stał się przeszłością; po prostu znów zaczął pisać.













Commentaires
0