Najpierw jest parkiet i podmiejska sala w sobotni wieczór. Światła próbują zrobić z niej kawałek większego świata. Tłum jest ciasny, bufet pracuje, a kurz wisi wysoko. W środku tego zamieszania jedna dziewczyna tańczy mocniej niż inni. Potem ludzie wychodzą, światła gasną, a ona nadal zostaje. Właśnie taki obraz zbudował Andrzej Mogielnicki w tekście Obłędu w podmiejskiej dyskotece. A potem wchodzi głos Basi Trzetrzelewskiej. I nagle niewielka ciekawostka z historii Perfectu robi się interesująca.
Jeszcze nie ten Perfect
Jest rok 1978, ale to jeszcze zupełnie inny Perfect. Grzegorz Markowski pojawi się w jego rockowym wcieleniu dopiero później. Nie istnieją jeszcze Nie płacz Ewka ani Autobiografia znane całej Polsce. Zespół występuje jako Perfect Super Show and Disco Band. Gra głównie w lokalach rozrywkowych oraz dla Polonii amerykańskiej. W składzie są wtedy Zbigniew Hołdys, Zdzisław Zawadzki, Paweł Tabaka, Wojciech Morawski i Basia Trzetrzelewska. Źródła przypisują muzykę Hołdysowi, natomiast słowa napisał Andrzej Mogielnicki. Już samo zestawienie nazwisk wygląda dzisiaj trochę podejrzanie. Perfect i Basia znajdują się przecież w innych szufladach pamięci. Jedni prowadzą do Chcemy być sobą oraz stadionowego polskiego rocka. Druga prowadzi do jazzu, samby, popu i eleganckiego Londynu. W 1978 roku te szuflady jeszcze jednak nie istnieją. Perfect Super Show and Disco Band to zespół rozrywkowy, który również akompaniuje znanym wokalistkom i szuka własnej tożsamości. Dopiero jesienią 1980 roku grupa zacznie zdecydowanie zmierzać w stronę rockowego Perfectu. Obłęd w podmiejskiej dyskotecepochodzi właśnie z tego wcześniejszego świata. Nagranie datowane jest na 1978 rok i trwa około 3:17. Na albumie znajdziemy je na kompilacji Historie nieznane 1971–1991, wydanej przez Intersonus w 1993 roku. To jeden z powodów, dla których utwór brzmi dzisiaj jak wiadomość odnaleziona po latach.
Rytm, który już coś wie
Najłatwiej byłoby potraktować Obłęd jako sympatyczną archeologię polskiego disco. Byłaby to jednak strata znacznie ciekawszego nagrania. Tutaj naprawdę pracuje przede wszystkim rytm. Bas nie ozdabia piosenki, tylko bez przerwy ją prowadzi. Perkusja pilnuje pulsu bez niepotrzebnego demonstrowania techniki. Klawisze oraz gitara zostawiają wystarczająco dużo przestrzeni wokalowi. Wszystko działa trochę szorstko i bardzo bezpośrednio. Nie ma jeszcze późniejszej studyjnej gładkości międzynarodowego disco. Jest za to próba złapania jego ruchu własnymi środkami. Screenagers po latach nazwał utwór polską odpowiedzią na taneczny funk Chic, wskazując szczególnie na energię wokalu Basi. Porównanie jest trafne jako punkt orientacyjny, lecz rezultat pozostaje lokalny. To nie Manhattan przeniesiony do Warszawy za pomocą odpowiedniego sprzętu. To raczej zachodnie marzenie przepuszczone przez polską salę taneczną. I chyba właśnie dlatego nagranie nadal potrafi działać. Nie brzmi jak późniejsza rekonstrukcja wymarzonej epoki. Powstało wtedy, kiedy disco nie było jeszcze kategorią retro. Muzycy nie odtwarzali lat siedemdziesiątych, ponieważ właśnie w nich żyli. W tym nagraniu słychać więc coś bardziej interesującego niż styl. Słychać głód muzyki dochodzącej wtedy z większego świata.
Basia siedzi w środku muzyki
Najciekawsza pozostaje oczywiście Basia, choć jeszcze nikt tak jej nie słyszy. Nie śpiewa tutaj jak przypadkowa wokalistka wynajęta do tanecznego numeru. Głos od początku uczestniczy w pracy sekcji rytmicznej. Frazy są krótkie, sprężyste i mocno osadzone wewnątrz pulsu. Melodia nie zostaje położona grzecznie na instrumentalnym podkładzie. Ona porusza się razem z nim. Właśnie wtedy zaczyna się zabawa z późniejszą wiedzą. Kto zna Half a Minute, Time and Tide albo Cruising for Bruising, zaczyna natychmiast szukać przyszłości. Nie ma tutaj jeszcze brazylijskiej elegancji późniejszych nagrań. Nie ma dopracowanej przestrzeni produkcyjnej Basi i Danny’ego White’a. Jest jednak coś znacznie ważniejszego. Jest układ nerwowy tej muzyki. Oficjalna biografia Basi opisuje jej późniejszy styl jako połączenie jazzu, popu, rytmów brazylijskich i latynoskich, z domieszką soulu oraz rocka. Time and Tide oraz London Warsaw New York osiągnęły później w Stanach Zjednoczonych status platynowych albumów. Ten świat wydaje się bardzo odległy od Perfect Super Show and Disco Band, ale podejście do rytmu już niekoniecznie. Basia również później nie będzie traktowała głosu wyłącznie melodycznie. W jej najlepszych nagraniach wokal pracuje jak element aranżacji. Fraza potrafi zaczepić perkusję, ominąć oczywisty akcent albo wejść pomiędzy uderzenia. W Obłędzie nie jest to jeszcze rozwinięty język jej solowych płyt. Można jednak usłyszeć bardzo wyraźną skłonność do takiego myślenia. Dlatego powiedzenie, że Basia była Basią wcześniej, ma tutaj sens. Nie chodzi o odnalezienie gotowego stylu na taśmie z 1978 roku. Chodzi o rozpoznanie sposobu, w jaki już wtedy słyszała rytm.
Kiedy wszyscy już wyszli
Jeszcze ciekawiej robi się wtedy, kiedy posłuchamy historii Mogielnickiego. Tekst zaczyna się niemal jak reporterska pocztówka z sobotniej zabawy. Jest mała sala, najlepsza kapela, tłum oraz pulsujące światła. Pośrodku znajduje się dziewczyna przyciągająca uwagę swoim tańcem. Potem piosenka wykonuje drobny, ale bardzo dobry ruch. Zabawa już się kończy, bufet pustoszeje, a kurz opada. Gwar w szatni znika i światła przestają pulsować. Dziewczyna jednak nadal tańczy, chociaż nie ma publiczności. Wtedy słowo „obłęd” zaczyna oznaczać trochę więcej. Czy ona po prostu bawi się lepiej niż wszyscy? Czy weszła już w rodzaj muzycznego transu? Czy taniec przestał potrzebować zespołu, światła oraz pozostałych ludzi? Piosenka rozsądnie tego nie wyjaśnia. I dobrze, ponieważ właśnie niedopowiedzenie zostaje najdłużej. Ta scena sprawia też, że utwór przestaje być zabawnym eksponatem. Pojawia się w nim coś bardzo prawdziwego o potrzebie muzyki. Najpierw tańczymy, ponieważ razem z nami poruszają się inni. Potem dlatego, że świetnie gra zespół. Czasami przychodzi jednak moment, kiedy muzyka zostaje już wewnątrz. Wtedy nie potrzebuje nawet parkietu.
Przed Londynem, ale już po swojemu
Basia odeszła z Perfectu na początku 1979 roku. Muzeum Jazzu podaje, że w tym samym roku wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Sam wcześniejszy pobyt z Perfectem w Chicago wspominała jako pierwsze poważniejsze zetknięcie z Zachodem. Polskie Radio przytacza jej wspomnienie wielomiesięcznego pobytu oraz ogromnego kulturowego szoku. Najważniejszy następny krok nastąpił jednak w Anglii. Sama Basia wspomina, że przyjechała tam w 1981 roku. Odpowiedziała wtedy na ogłoszenie zamieszczone przez Danny’ego White’a i Warne’a Liveseya w „Melody Maker”. Po nagraniu demonstracyjnych utworów została zaproszona do ich zespołu Bronze. Z tej drogi wyrośnie później Matt Bianco. Basia, Danny White i Mark Reilly stworzą skład znany z debiutanckiego Whose Side Are You On? z 1984 roku. Po tym albumie Basia oraz White odejdą, rozpoczynając jej solowy rozdział. Łatwo dzisiaj zamienić tę historię w elegancką linię prostą. Perfect, Ameryka, Londyn, Matt Bianco, potem światowa kariera Basi. Życie prawdopodobnie nigdy nie wyglądało tak porządnie od środka. Dlatego wolę wrócić do roku 1978. Do nagrania, które niczego jeszcze nie musi zapowiadać. Perfect nie jest jeszcze Perfectem z naszych wspólnych wspomnień. Basia nie nagrała jeszcze żadnej swojej solowej płyty. Disco nie zostało zamienione w nostalgię ani stylizację. Wszystko pozostaje w czasie teraźniejszym. I właśnie wtedy słychać ją najlepiej. Nie dziewczynę z polskiego zespołu, która dopiero wyjedzie na Zachód. Nie przyszłą gwiazdę, której trzeba dopisać efektowną przepowiednię. Słychać wokalistkę, która już rozumie jedną podstawową rzecz. Rytm nie znajduje się pod piosenką. Rytm znajduje się również w głosie. Może właśnie dlatego Obłęd w podmiejskiej dyskotece został z Basią tak dobrze. W jej późniejszej muzyce ruch nigdy przecież całkowicie nie zniknie. Będzie bardziej elegancki, brazylijski, jazzowy oraz harmonicznie wyrafinowany. Nadal jednak będzie pracował gdzieś pod skórą. Oficjalna biografia artystki właśnie rytmiczną mieszankę jazzu, popu i wpływów latynoskich wskazuje jako podstawę jej późniejszego języka. Tutaj jeszcze nikt nie musi tego nazywać. Wystarczy poczekać, aż podmiejska zabawa się skończy. Ktoś wyłącza światła i ostatni ludzie wychodzą. Kurz, który wcześniej wisiał wysoko, powoli opada. Sala zostaje prawie całkiem pusta. A ona wciąż tańczy.













Commentaires
0