I Should Coco nie brzmi jak debiut zespołu, który długo zastanawiał się nad własną tożsamością. Brzmi jak płyta ludzi, którzy jeszcze nie zdążyli nauczyć się ostrożności. Pomysły wpadają jeden na drugi, tempo potrafi zmienić się szybciej niż nastrój nastolatka, a melodie zachowują się tak, jakby miały gdzieś zasady przyzwoitego rockowego wychowania. W tym całym zamieszaniu jest jednak coś bardzo precyzyjnego. Supergrass już wtedy wiedzieli, jak napisać piosenkę, która po pierwszym przesłuchaniu zostaje w głowie.
Zanim ktoś zdążył powiedzieć im, czego nie wypada
Podwaliny debiutu powstały jeszcze wtedy, gdy Gaz Coombes (wokal, gitara), Danny Goffey (perkusja) i Mick Quinn (gitara basowa, wokal) dopiero odkrywali własną chemię. Pierwsze dema były surowe, szybkie i gęste od pomysłów, a ważnym miejscem stało się Sawmills Studios w Kornwalii. Tam zespół pracował z Samem Williamsem (producent) i Johnem Cornfieldem (inżynier dźwięku), próbując zachować energię koncertów, zamiast zamieniać ją w coś przesadnie wypolerowanego.
To dobrze słychać już w pierwszych minutach albumu. Gitara nie musi być piękna, perkusja nie ma obowiązku być elegancka, a bas nie zachowuje się jak grzeczny mebel stojący pod ścianą. Wszystko jest trochę za szybkie, trochę za głośne i trochę zbyt podekscytowane własnym istnieniem. Tyle że właśnie dzięki temu działa.
Supergrass nie próbują jeszcze udowadniać, że są poważnym zespołem. I całe szczęście, bo połowa uroku I Should Coco polega na tym, że nikt nie próbuje tutaj udawać dorosłości.
I should coco, czyli właściwie co?
Sam tytuł idealnie pasuje do charakteru albumu. I should coco to cockneyowski rymowany slang, wyrażenie oznaczające mniej więcej coś w rodzaju no pewnie, jeszcze jak, oczywiście. Jest w nim lekka zadziorność, odrobina ulicznego humoru i właśnie ten rodzaj językowego skrótu, który dobrze pasuje do zespołu piszącego piosenki szybciej, niż większość ludzi zdążyłaby je przedyskutować.
Nie jest to tytuł próbujący opowiedzieć świat.
Nie udaje manifestu pokolenia.
Brzmi raczej jak odpowiedź rzucona komuś przez ramię.
I bardzo dobrze, bo cały album ma podobny charakter.
Caught by the Fuzz, czyli młodość bez filtra
Caught by the Fuzz jest chyba najlepszym punktem wejścia do tej płyty, bo zawiera niemal wszystko, co wtedy definiowało Supergrass. Piosenka wyrasta z autentycznej historii Coombesa, zatrzymanego jako nastolatka za posiadanie narkotyku, ale zamiast robić z tego ciężki dramat albo opowieść o ulicznym buncie, zespół zamienia całe wydarzenie w krótki, gwałtowny i trochę absurdalny numer.
Wokal jest niemal spanikowany, perkusja pędzi, gitara szczeka, a całość kończy się, zanim zdążymy się wygodnie rozsiąść. To nie jest młodzieńczy bunt opowiedziany z perspektywy trzydziestolatka. To jest młodość jeszcze ciepła, trochę głupia, trochę przestraszona i przede wszystkim nieprzetworzona.
Mansize Rooster idzie w stronę bardziej groteskową, Lenny opiera się na riffie, który nie potrzebuje usprawiedliwienia, a Sofa (of My Lethargy) pokazuje coś znacznie ciekawszego. Supergrass już na debiucie potrafili zwolnić i zrobić miejsce dla bardziej rozlanej, psychodelicznej atmosfery. To ważne, bo dzięki temu I Should Coco nie jest tylko zbiorem szybkich numerów dla ludzi, którzy właśnie odkryli kofeinę.
Alright, czyli prezent i przekleństwo
Potem pojawia się Alright.
I tutaj zaczyna się problem, którego zespół nie mógł wtedy przewidzieć.
Piosenka jest niemal bezczelnie prosta. Fortepian, rytm, refren, kilka słów o młodości i to uczucie, że dzień może jeszcze wydarzyć się dokładnie tak, jak sobie wymyśliliśmy. Nie ma tu wielkiej filozofii, ale jest coś znacznie trudniejszego do osiągnięcia, czyli natychmiastowa lekkość.
Alright stało się ogromnym sukcesem i jednocześnie na długo przykleiło do Supergrass obraz wiecznych chłopaków. Teledysk, rowery, uśmiechy, lato i refren zrobiły z nich niemal emblemat połowy lat dziewięćdziesiątych. Tyle że sam zespół był od początku trochę bardziej skomplikowany niż własny największy przebój.
Właśnie dlatego nie lubię sprowadzać I Should Coco do Alright. To trochę tak, jakby opisać całe przyjęcie na podstawie jednej fotografii zrobionej wtedy, gdy wszyscy akurat dobrze wyszli.
Album jest znacznie bardziej nerwowy, brudny i niespokojny.
Debiut, który jeszcze niczego nie musi
Najciekawsze w I Should Coco jest to, że Supergrass nie próbują tutaj jeszcze niczego udowadniać. Nie muszą odcinać się od britpopu, bo nikt nie zdążył ich jeszcze porządnie do niego przypisać. Nie muszą dojrzewać, bo nikt nie zarzucił im jeszcze niedojrzałości. Nie muszą powtarzać Alright, bo Alright dopiero zaczyna żyć własnym życiem.
Dzięki temu album ma rodzaj wolności, którego później nie da się już odzyskać.
Kiedy zespół odnosi sukces, każda kolejna płyta powstaje już w obecności poprzedniej. W studiu siedzi nie tylko trzech czy czterech muzyków. Siedzą tam również oczekiwania, recenzje, wyniki sprzedaży, publiczność, wytwórnia i kilka tysięcy osób, które wiedzą lepiej, co zespół powinien nagrać.
Na I Should Coco tego tłumu jeszcze nie ma.
Są trzy osoby, kilka wzmacniaczy, perkusja, melodie i poczucie, że można spróbować prawie wszystkiego.
Dlatego ta płyta nadal brzmi świeżo.
Nie dlatego, że nie zestarzała się ani o dzień. Słychać przecież epokę, produkcję i cały brytyjski połysk połowy lat dziewięćdziesiątych.
Świeża jest energia.
Supergrass jeszcze nie wiedzą, które elementy ich brzmienia okażą się znakiem firmowym, więc używają wszystkich naraz.
Punk. Pop. Glam. Psychodelia. Rock lat sześćdziesiątych. Rock lat siedemdziesiątych.
I kilka rzeczy, których rozsądniej byłoby razem nie mieszać.
Na szczęście rozsądek pojawi się później.
I Should Coco zostało nagrane wcześniej.













Comentarios
0