Gaz Coombes (wokal, gitara) na najstarszych nagraniach nie wygląda jeszcze jak ktoś, kto za chwilę będzie jednym z najbardziej charakterystycznych frontmanów brytyjskiej gitarowej dekady. Jest trochę schowany za gitarą, trochę zaczepny, ma już ten szeroki głos i nerwowe ruchy, ale cała reszta dopiero się układa. Charyzma nie spadła na niego wraz z pierwszym kontraktem. Najwyraźniej wyrosła z grania.
Zanim pojawił się frontman
Coombes dorastał w okolicach Oxfordu i jako nastolatek grał z Dannym Goffeyem (perkusja) w The Jennifers. Znali się ze szkoły, więc ich pierwsze muzyczne doświadczenia miały w sobie więcej młodzieńczej potrzeby hałasowania niż jakiegokolwiek planu na karierę. Głośna gitara była po prostu ciekawsza od szkolnego planu lekcji, a z czasem zaczęła organizować życie znacznie skuteczniej.
Nie ma tutaj szczególnie użytecznej legendy o profesorze śpiewu, który rozpoznał w Gazie przyszłego wokalistę. Jego głos brzmi raczej jak rezultat grania z ludźmi, których trzeba było przekrzyczeć. Goffey nie należał przecież do perkusistów traktujących bębny dekoracyjnie. Coombes nauczył się więc prowadzić melodię ponad hałasem, nie próbując tego hałasu wygładzać.
Słychać w tym również jego muzyczne wychowanie. Beatlesi i Kinks mogli spotkać się z bardziej brudnym rockiem, psychodelią i indie bez potrzeby sprawdzania, czy ktoś wcześniej zatwierdził taki zestaw. Późniejsze Supergrass właśnie dlatego będą potrafili przeskoczyć kilka stylistycznych dekad w obrębie jednej piosenki i nadal brzmieć naturalnie.
Harvester zamiast mitu założycielskiego
Początek Supergrass jest przyjemnie przyziemny. Latem 1993 roku Gaz pracował w kuchni restauracji Harvester, gdzie zatrudniony był także Mick Quinn (gitara basowa, wokal). Z Goffeyem zaczęli spotykać się po pracy i grać, najpierw bez wielkich deklaracji, później już z coraz wyraźniejszym poczuciem, że między tą trójką wydarzyło się coś wartego rozwijania.
Podoba mi się właśnie ta zwyczajność. Zamiast opowieści o przeznaczeniu mamy pracę, puby, mieszkania, próby i kilka osób próbujących ustalić, czy piosenka jest już dobra, czy trzeba jeszcze raz zagrać ją od początku.
Ambicje również długo pozostawały bardzo lokalne. Ważnym celem było zagranie w oksfordzkim Jericho Tavern, jednym z istotnych miejsc tamtejszej sceny. Wembley mogło spokojnie poczekać. Najpierw trzeba było sprawić, żeby obcy ludzie w niewielkim klubie nie wyszli po drugim utworze.
Właśnie wtedy Supergrass są dla mnie ciekawsi niż później w większości britpopowych podsumowań. Nie są jeszcze młodszymi kolegami Blur, nie konkurują z Oasis i nie reprezentują żadnego pokolenia. Trzech facetów próbuje znaleźć własny sposób grania, zanim ktoś zdąży nazwać go częścią większego zjawiska.
Trzech ludzi, którzy nawzajem dodawali sobie prędkości
Pierwsze czterośladowe dema powstawały w mieszkaniach przy Cowley Road. Słychać w tej muzyce coś, co później okaże się dla Supergrass ważniejsze od samego gatunku. Każdy z nich trochę podkręcał pozostałych.
Goffey potrafił nadać piosence prędkość, nawet kiedy wcale o nią nie prosiła. Quinn trzymał całość w ryzach, nie pozbawiając jej sprężystości. Coombes natomiast miał szczególny talent do znajdowania melodii, która przeżywała wszystkie te gitarowe i rytmiczne zamieszania.
To chyba jedna z rzeczy, za które najbardziej lubię Supergrass. Ich piosenki mogą być napakowane pomysłami, czasem wręcz zbyt mocno, ale rzadko tracą kontakt z melodią. Zespół potrafił hałasować bez udawania, że chwytliwość jest czymś podejrzanym.
Nie byli specjalnie zainteresowani wyborem między punkiem, popem a rockiem. Jeżeli wszystkie trzy rzeczy mieściły się w czterech minutach, tym lepiej.
Sawmills. Kiedy zaczęło być wiadomo, że to działa
Pierwsze poważniejsze nagrania powstały w Sawmills Studios w Kornwalii. Sesję finansowali własnymi pieniędzmi, a w ciągu pięciu dni nagrali sześć utworów. Nie mieli więc warunków do miesięcznego zastanawiania się nad brzmieniem werbla i być może właśnie dlatego zachowali coś, co znacznie trudniej byłoby później wyprodukować.
Tempo reakcji między muzykami było ważniejsze niż samo tempo piosenek. Ktoś rzucał pomysł, drugi odpowiadał, trzeci natychmiast go przesuwał. Muzyka nie powstawała przed nimi, tylko między nimi.
Supergrass nie byli zespołem zbudowanym wokół wirtuozerii. Ich przewaga znajdowała się gdzie indziej. W jednym pomieszczeniu Gaz Coombes, Danny Goffey i Mick Quinn grali trochę odważniej niż każdy z nich zagrałby osobno.
I chyba właśnie tam należy szukać początku scenicznej charyzmy Coombesa. Nie w pozach, fryzurze ani szczególnym sposobie trzymania mikrofonu. Najciekawszy stawał się wtedy, kiedy muzyka za jego plecami nabierała rozpędu, a on zamiast próbować ją kontrolować, po prostu ruszał razem z nią.
Kilka lat później miliony ludzi zapamiętają przede wszystkim trzech młodych facetów, rowery i refren Alright. W 1993 roku nie było jeszcze żadnego obrazka do zapamiętania. Była kuchnia Harvestera, kilka mieszkań w Oxfordzie, niewielkie kluby i trzech muzyków, którym wyjątkowo dobrze wychodziło granie razem.
Cała reszta przyszła później.













Comentarios
0