„Komary” poruszają się spokojnie, jakby nigdzie nie musiały zdążyć. Rytm utrzymuje piosenkę w łagodnym ruchu, melodia nie próbuje zdobywać wielkich wysokości, a Kaśka Sochacka (wokalistka) śpiewa blisko, nisko i bez teatralnego drżenia. Nie wpycha emocji do gardła. Pozwala im osiąść na słowach.
Ciepło pojawia się właściwie natychmiast. Nie jest jednak ciepłem początku, pierwszego dotyku ani poranka po wspólnej nocy. Przychodzi z przeciwnej strony życia. Z tarasu, na którym siedzą dwoje starszych ludzi, zakładają okulary, źle znoszą pogodę, piją kawę i czekają na odwiedziny dzieci. Mają za sobą prawie wszystko, ale nadal są razem.
Kaśka Sochacka nie opowiada o wielkiej miłości. Ona urządza jej mieszkanie.
Stawia filiżankę na stole, pozwala komuś nucić pod nosem, dodaje papierosy, siwe włosy, późne lato i zwykły wtorek. Zamiast obietnicy wieczności dostajemy kilka domowych szczegółów. Każdy z nich jest mały, ale razem tworzą życie, którego można zapragnąć bardziej niż najbardziej widowiskowego romansu.
Tyle że tego życia jeszcze nie ma.
W samym środku tej pogodnej wizji pojawia się prośba: „wróć do mnie”. Nagle okazuje się, że taras, starość i dzieci przyjeżdżające z wizytą nie są wspomnieniem. Są próbą ocalenia przyszłości. Podmiotka pokazuje ukochanej osobie ich dwoje za kilkadziesiąt lat, jakby chciała powiedzieć: zobacz, przecież moglibyśmy tam dotrzeć, tylko nie odchodź teraz.
Właśnie stąd bierze się niezwykłe ciepło „Komarów”. Piosenka nie ogrzewa tym, co się wydarzyło. Ogrzewa możliwością.
To ryzykowny rodzaj nadziei, bo zbudowany z obrazu tak wyraźnego, że niemal można wejść do jego wnętrza. Wieczór powoli zajmuje taras, lato jeszcze nie chce odejść, liście zaczynają żółknąć, a dwoje ludzi siedzi obok siebie po wszystkim, co mogło ich rozdzielić. Nie muszą już niczego udowadniać. Wystarczy, że jedno zna sposób parzenia kawy drugiego.
Tytułowe komary pojawiają się na chwilę, lecz bez nich cała scena byłaby zbyt idealna. Pachniałaby reklamą spokojnej starości, miękkim kocem i kubkiem ustawionym dokładnie tam, gdzie chciał fotograf. Komary psują pocztówkę. Gryzą, denerwują, przypominają o ciele. Dzięki nim ten taras zaczyna istnieć naprawdę.
Miłość u Sochackiej nie polega więc na usunięciu wszystkich niedogodności. Jest zgodą na to, że pod koniec lata coś będzie swędziało, kawa czasem wystygnie, pogoda wejdzie w kości, a człowiek obok nadal będzie robił rzeczy, które po kilkudziesięciu latach powinny doprowadzać do szału. Czułość rodzi się właśnie tam, gdzie ideał zostaje lekko pogryziony przez życie.
Produkcja Olka Świerkota nie próbuje zamienić tej wizji w wielką balladę. Utwór zachowuje oddech, a powracający refren nie staje się popisowym finałem. Wraca jak myśl, której nie można odpędzić. Prośba pozostaje prośbą, nawet gdy melodia na moment ją osłania.
Sochacka śpiewa tak, jakby znała zakończenie, ale nie chciała go przyjąć. Jej głos niesie jednocześnie pogodzenie i dziecięcą niemal wiarę, że wystarczy przypomnieć to, co było dobre, aby druga osoba odnalazła drogę powrotną. Nie ma w nim szantażu. Jest wystawione na stół wspólne życie, którego jeszcze można nie stracić.
„Komary” zaczęły się podobno od wiersza o spokojnej starości. To słychać w konstrukcji tekstu, w kolejnych obrazach ustawionych obok siebie bez potrzeby wyjaśniania ich znaczenia. Dopiero muzyka odsłania, że pod pogodną sceną pracuje lęk. Nie każdy dożyje takiego tarasu. Nie każda para dotrze tam razem. Nie każda przyszłość dostanie szansę, by zamienić się w przeszłość.
Dlatego ta piosenka rozczula, zamiast po prostu smucić. Przez niecałe cztery minuty pozwala zamieszkać w przyszłości, w której miłość przetrwała własne kryzysy, zmęczenie, pogodę i wszystkie lata pomiędzy.
Zostały siwe włosy, czarna kawa, późne lato i komary.
Niewiele.
Całe życie.












Коментарі
0