Na rynku muzycznym są zespoły, które brzmią jak wyjście z domu. The Clientele brzmią inaczej. Oni brzmią jak patrzenie przez okno na świat, który gdzieś idzie, gdzieś wraca, niesie zakupy, moknie, znika za rogiem, a człowiek zostaje po swojej stronie szyby i nagle rozumie, że życie nie zawsze dzieje się tam, gdzie stoi ciało. Czasami dzieje się w odbiciu. W smudze światła na ścianie. W szumie samochodów za oknem. W piosence, która nie próbuje Cię pocieszyć, tylko siada obok tak cicho, że przez chwilę nie musisz udawać silniejszego, niż jesteś. Reflections After Jane i Bookshop Casanova są jak dwa zdjęcia tej samej ulicy zrobione w odstępie kilku lat. Na pierwszym wszystko jest jeszcze zamglone, miękkie, domowe, nagrane jak sekret, który boi się własnego echa. Na drugim pojawia się więcej światła, więcej ruchu, więcej powietrza, ale ten sam smutek nadal stoi przy krawężniku i udaje, że tylko czeka na autobus.
Reflections After Jane
Reflections After Jane brzmi jak utwór nagrany nie w studiu, lecz w czyjejś pamięci. Gitara Alasdaira MacLeana nie uderza akordów, nie prowadzi piosenki za rękę, nie stawia przed nami konstrukcji z desek i gwoździ. Ona rozsnuwa dźwięk po pokoju. Każde arpeggio ma w sobie coś mokrego, przezroczystego, jak światło odbite w szybie po deszczu. Bas Jamesa Hornseya nie robi z utworu fundamentu, tylko cień fundamentu. Przesuwa się pod spodem miękko, bez potrzeby dominacji, jak ktoś, kto zna drogę, ale nie chce jej nikomu narzucać. Perkusja oddycha, nie maszeruje. Całość nie idzie do przodu w klasycznym sensie. Raczej utrzymuje się przy życiu. Delikatnie, uparcie, jakby każdy takt był kolejną próbą pozostania przytomnym w świecie, który dawno odpłynął.
To jest wczesne The Clientele w najczystszej postaci. Domowe, czterośladowe, pogłosowe, trochę niedoskonałe, ale właśnie dlatego prawdziwe. MacLean mówił kiedyś o śpiewaniu przez mikrofon podłączony do wzmacniacza gitarowego, o pogłosie ustawionym prawie do przesady, o podwajaniu głosu, żeby stworzyć efekt jednoczesnej bliskości i oddalenia. W Reflections After Jane słychać to natychmiast. Wokal nie stoi na środku miksu jak pewny siebie narrator. On jest częścią mgły. Jakby głos dochodził nie z gardła, tylko z pamięci pokoju, który kiedyś kogoś przechował i nie umie przestać o nim myśleć. To jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy techniczna niedoskonałość nie jest brakiem budżetu, lecz językiem. Szum nie przeszkadza. Szum jest scenografią. Pogłos nie ozdabia. Pogłos jest czasem.
W tym utworze The Clientele najbliżej jest do psychodelii lat sześćdziesiątych, ale nie tej kolorowej, teatralnej, z plakatem w kwiaty i wzrokiem wbitym w kosmos. To psychodelia małego przesunięcia. Ulica nadal jest ulicą, most nadal mostem, robotnicy nadal idą do pracy, ale wszystko wydaje się odrobinę nierealne, jakby świat został nagle przesunięty o kilka centymetrów względem samego siebie. W tym sensie Reflections After Jane ma coś z The Byrds, Felt, Galaxie 500, wczesnego Pink Floyd i The Zombies, ale nie brzmi jak rekonstrukcja. Bardziej jak sen kogoś, kto słuchał tych płyt tak długo, aż przestały być wpływami, a stały się sposobem widzenia. Gitara nie gra tu riffów. Gitara pisze po szkle. Harmonia nie otwiera drzwi. Uchyla firankę.
Tekst zostaje w tle, ale trudno go całkiem odsunąć, bo działa dokładnie tak samo jak muzyka. Motyle, czerwone słońce, deszcz, most, robotnicy przechodzący trójkami, czwórkami i piątkami. To nie jest opowieść, tylko seria przebłysków. Narrator patrzy, ale nie uczestniczy. Świat ma swój rytm, swoje poranki, swoje mosty, swoje gazety, swoje prace do wykonania. On zostaje gdzieś obok, w bezsenności, w odbiciu po Jane, w pragnieniu życia wewnątrz okna przy wzdychającej autostradzie. To zdanie jest właściwie całym The Clientele w miniaturze. Żyć wewnątrz okna. Nie w domu, nie na ulicy, nie w podróży, nie w centrum wydarzeń. W oknie. W miejscu pomiędzy. W miejscu, z którego widać świat, ale nie trzeba jeszcze w nim stanąć. Dla kogoś, kto rzadko wychodzi z domu, a gdy wychodzi, to najczęściej po to, by ciało znów uczyć elementarnych ruchów, ta piosenka nie jest estetyczną mgiełką. To bardzo konkretny adres. Ona wie, że życie za szybą też jest życiem. Tylko nikt nie robi z niego pocztówek.
Bookshop Casanova
Bookshop Casanova pojawia się osiem lat później i od razu słychać, że to ten sam zespół, ale już w innym świetle. Reflections After Jane było jak sypialnia o świcie, Bookshop Casanova jest jak ulica po zamknięciu księgarni, kiedy miasto jeszcze nie śpi, ale już udaje, że zaraz będzie grzeczne. Nagranie pochodzi z God Save the Clientele, albumu zrobionego z Markiem Neversem, z szerszą paletą barw, z Nashville w tle, z taśmowym dołem, z bardziej przejrzystym miksem i z Mel Draisey, która pozwoliła zespołowi inaczej rozłożyć ciężar melodii. Efekt jest natychmiastowy. Ten utwór ma krok. Nie biegnie, nie napina mięśni, nie pręży się przed lustrem jak indie rockowy kogucik z promocji w second handzie. Po prostu idzie. Lekko, sprężyście, z tym dziwnym uśmiechem człowieka, który wie, że noc może się jeszcze udać.
MacLean nazwał kiedyś Bookshop Casanova czymś w rodzaju ich disco tune i oczywiście to jest disco przepuszczone przez bibliotekę, angielską melancholię i człowieka, który prawdopodobnie przeprasza krzesło, jeśli przypadkiem je potrąci. Ale rytm naprawdę jest tu ważniejszy niż w dawnych nagraniach. Około 128 BPM daje piosence kołysanie, którego Reflections After Jane nie miało i mieć nie chciało. Bas jest bardziej namacalny, perkusja wyraźniej organizuje ruch, gitara częściej niesie puls niż mgłę. Miks ma więcej powietrza po bokach, wokal jest bliżej, kontury są jaśniejsze. To nadal The Clientele, tylko ich duch przestał stać wyłącznie przy oknie i na chwilę wyszedł na ulicę. Nie za daleko, spokojnie. Bez przesady. Ludzkość i tak już wystarczająco nadużyła słowa przygoda.
Brzmieniowo Bookshop Casanova jest jednym z najpiękniejszych przykładów tego, jak można rozjaśnić zespół, nie niszcząc jego tajemnicy. Wiele grup po przejściu do lepszego studia traci własny cień, bo nagle wszystko robi się zbyt czyste, zbyt pewne, zbyt ładnie postawione na półce. The Clientele zachowali mgłę, ale dali jej perspektywę. Gitara ma jangle popowy połysk, gdzieś w oddali pobrzmiewa duch The Byrds i Monkees, refren ma w sobie beatlesowską łatwość, ale to wszystko jest podane bez muzealnego kostiumu. Oni nie grają lat sześćdziesiątych. Oni pamiętają lata sześćdziesiąte tak, jak pamięta się cudze lato z cudzej fotografii. Kolory są trochę wyblakłe, ale przez to bardziej bolą.
Tekst jest prostszy, bardziej bezpośredni, prawie zaskakująco otwarty jak na MacLeana. Światła przygasają, dwoje ludzi zostaje samych, nikt nie idzie do domu. Pada propozycja bycia kochankami, ale nie brzmi ona jak podryw z taniego filmu, tylko jak chwilowe zwycięstwo nad samotnością. Najmocniejszy obraz przychodzi później: umierający letni księżyc świecący tylko dla nich. To jest dokładnie ten rodzaj romantyzmu, który The Clientele potrafią ocalić przed kiczem. Letni księżyc nie jest wieczny. On już umiera. Noc nie zostaje pokonana na zawsze. Ona po prostu na moment przestaje być samotna. I może właśnie dlatego muzyka jest taka jasna. Nie dlatego, że wszystko się udało. Dlatego, że przez trzy minuty można uwierzyć, że coś jeszcze potrafi wejść do środka, jeśli człowiek zostawi uchylone drzwi.
Między szybą a ulicą
Najpiękniejsze w zestawieniu Reflections After Jane i Bookshop Casanova jest to, że te dwa utwory nie kłócą się ze sobą, choć pochodzą z różnych etapów zespołu. Pierwszy jest dźwiękiem ograniczenia, drugi dźwiękiem rozświetlenia. Pierwszy brzmi tak, jakby nagrano go w pokoju, który zna samotność właściciela lepiej niż jego znajomi. Drugi brzmi tak, jakby ten sam człowiek odważył się zejść na dół, ale nadal miał w kieszeni klucz do tamtego pokoju. To nie jest przejście od smutku do radości. The Clientele są zbyt mądrzy na takie proste transakcje emocjonalne. To raczej przejście od samotności obserwującej świat do samotności, która przez chwilę pozwala światu podejść bliżej.
Właśnie dlatego ich retro jest tak fascynujące. U nich lata sześćdziesiąte nie są magazynem rekwizytów, tylko sposobem traktowania dźwięku jako materii żywej. Pogłos ma znaczenie. Szerokość miksu ma znaczenie. To, czy wokal stoi przed gitarą, czy tonie w jej odbiciu, ma znaczenie. To, czy bas niesie ciało utworu, czy tylko jego cień, ma znaczenie. The Clientele rozumieją, że piosenka nie składa się wyłącznie z melodii, tekstu i akordów. Składa się też z odległości. Z temperatury. Z tego, ile powietrza zostaje między strunami. Z tego, czy dźwięk jest jak dotyk, czy jak wspomnienie dotyku.
Można ich opisać jako dream pop, chamber pop, indie pop, jangle pop, soft psych, baroque pop po przejściach. Wszystko będzie częściowo prawdziwe i częściowo niewystarczające, jak zwykle, bo ludzie wymyślili gatunki muzyczne po to, żeby udawać, że mgłę da się posegregować w Excelu. The Clientele są bardziej konkretni niż etykiety. Oni grają muzykę dla ludzi, którzy znają wartość półświatła. Dla tych, którzy nie zawsze są w stanie wyjść. Dla tych, którzy czują, że miasto dzieje się za daleko, ale nadal potrafią usłyszeć jego oddech. Dla tych, którzy wiedzą, że okno bywa sceną, ekranem, raną i ratunkiem naraz.
Reflections After Jane zostaje więc piosenką o życiu po swojej stronie szyby. Bookshop Casanova jest piosenką o chwili, kiedy ktoś po drugiej stronie szyby nagle macha ręką. Jedna uczy, że samotność może mieć piękną akustykę. Druga, że nawet najdelikatniejsza piosenka może na moment podnieść głowę i pójść w stronę światła. Razem tworzą portret zespołu, który nie potrzebuje wielkich gestów, żeby mówić o rzeczach największych. The Clientele nie próbują rzucić słuchacza na łopatki siłą. Robią coś gorszego. Siadają obok, grają cicho i po kilku minutach człowiek orientuje się, że już leży.













Reacties
0