Po Road to Rouen najłatwiej byłoby pójść jeszcze głębiej. Supergrass mogli rozwijać melancholię, przestrzeń i bardziej cierpliwy sposób pisania. Zamiast tego zrobili coś znacznie bardziej przewidywalnego i zarazem ryzykownego. Ponownie podkręcili wzmacniacze i spróbowali odzyskać fizyczność dawnego grania.
Nie mam pewności, czy była to najlepsza decyzja. Właśnie dlatego Diamond Hoo Ha pozostaje interesującym finałem tej historii.
Powrót do hałasu, ale już bez niewinności
Album z 2008 roku powstawał z Nickiem Launayem (producent), znanym z pracy nad mocnym, bezpośrednim brzmieniem. Ważna część nagrań odbyła się w berlińskim Hansa Studios. Samo miejsce miało rockową historię wystarczającą dla kilku zespołów.
Supergrass chcieli ponownie brzmieć przede wszystkim fizycznie. Perkusja Goffeya miała uderzać mocniej niż ostatnio. Bas Micka Quinna (gitara basowa, wokal) miał naciskać od dołu. Gitara Gaze’a miała ponownie dostać brud i ciężar.
Po najbardziej wyciszonej płycie kariery przyszła potrzeba ruchu. Problem polegał jednak na jednym drobnym szczególe. Ruch zaplanowany nie brzmi tak samo jak spontaniczny.
Diamond Hoo Ha Man i rockowy garnitur
Diamond Hoo Ha Man ogłasza nowy kierunek bez subtelności. Riff jest szeroki, wokal ociera się o glamrockową manierę. Całość brzmi tak, jakby zespół chciał natychmiast odzyskać scenę. To skuteczne, ale chwilami trochę zbyt świadome własnej skuteczności.
Bad Blood przekonuje mnie znacznie bardziej. Utwór jest nerwowy, zwarty i pozbawiony większej ceremonii. Perkusja znowu pcha muzykę zamiast tylko ją obsługiwać. W takich momentach słychać dawną chemię bez specjalnego wysiłku.
Rebel in You również broni się przede wszystkim melodią. Supergrass nigdy naprawdę nie stracili tego talentu. Gaz Coombes potrafił nadal znaleźć refren wpadający natychmiast do głowy. Nie każdy dobry refren potrzebował jednak całego rockowego kostiumu.
Właśnie tutaj zaczynam mieć wobec albumu największe zastrzeżenie. Na I Should Coco głośność wynikała z wieku. Na In It for the Money wypływała z ogromnej pewności. Na Diamond Hoo Ha bywa czasem świadomie przyjętym programem.
To różnica niewielka, ale bardzo dobrze słyszalna. Naturalnej energii nie odzyskuje się samym ustawieniem wzmacniacza. Można za to bardzo wiarygodnie odtworzyć jej zewnętrzny kształt.
Kiedy własny język staje się wygodny
Album nie jest zły i szkoda byłoby tak twierdzić. Ma kilka naprawdę dobrych piosenek i mocne momenty zespołowe. Przypomina również, jak dobrą sekcję tworzyli Quinn oraz Goffey. Problem zaczyna się wtedy, kiedy rockowa poza wyprzedza muzykę.
Whiskey & Green Tea ciekawi bardziej jako pomysł. Inne głębsze utwory również nie zostawiają trwałego śladu. Supergrass wiedzą już dokładnie, jak powinien brzmieć Supergrass. Ta wiedza zaczyna być zarówno pomocą, jak również ciężarem.
To zresztą bardzo ludzki etap długiej twórczej relacji. Na początku przypadkowo odkrywa się własny język. Później człowiek uczy się nim mówić biegle. W końcu może zauważyć, że każde zdanie brzmi znajomo.
Diamond Hoo Ha doszło do dziewiętnastego miejsca brytyjskiej listy albumów. Wynik był słabszy niż przy większości wcześniejszych wydawnictw. Nie widzę jednak tutaj historii gwałtownego artystycznego upadku. Bardziej interesuje mnie powolne wyczerpywanie wspólnej ciekawości.
Narzędzia nadal działały i muzycy świetnie je znali. Coraz trudniej było jednak znaleźć nowy powód użycia.
Release the Drones i moment wyczerpania
Po tej płycie rozpoczęli pracę nad kolejnym materiałem. Projekt funkcjonował pod roboczą nazwą Release the Drones. Sesje nie przynosiły jednak dawnej satysfakcji. Coombes wspominał później czas, kiedy wizyty w studiu stały się trudne.
W 2010 roku Supergrass ogłosili zakończenie działalności. Nie potrzebowali widowiskowej wojny ani publicznych oskarżeń. Rozpad miał przyczynę mniej efektowną, ale chyba ważniejszą. Wspólna praca przestała dawać im wystarczający powód kontynuowania.
Właśnie dlatego Diamond Hoo Ha ciekawi mnie dzisiaj bardziej. Nie brzmi jak wielkie pożegnanie napisane z odpowiednim wyprzedzeniem. Brzmi jak zespół próbujący odzyskać reakcję chemiczną sprzed piętnastu lat.
Czasami naprawdę udaje im się ją ponownie uruchomić. Innym razem zostaje wyłącznie bardzo dobry opis dawnego impulsu. Różnica pomiędzy tymi stanami właściwie definiuje cały album.
Nie musieli być genialni przez cały czas
Supergrass wrócili koncertowo w 2019 roku, więc finał nie był ostateczny. Pasuje to zresztą do ich całej historii. Wielkie deklaracje nigdy nie były ich najciekawszym środkiem wyrazu. Znacznie lepiej wychodziły im melodie, riffy i wspólne granie.
Nie chcę również kończyć tej serii stwierdzeniem o genialności. Takie podsumowanie byłoby wygodne, ale zupełnie niepotrzebne. Supergrass nie byli zawsze genialni i właśnie dobrze. Bywali świetni, czasem nierówni, czasem zbyt pewni swoich odruchów.
Przez większość kariery pozostawali jednak wyjątkowo muzykalnym zespołem. Umieli pisać refreny bez wstydu przed własną chwytliwością. Potrafili też zmieniać brzmienie bez całkowitego tracenia charakteru. Kiedy tracili kierunek, nadal zazwyczaj pozostawała dobra piosenka.
Diamond Hoo Ha nie jest ukrytym arcydziełem Supergrass. Nie trzeba go rehabilitować tylko dlatego, że zamyka dyskografię. Jest ciekawszy jako zapis zespołu szukającego dawnej iskry. Czasami znajduje ogień, czasami tylko zapach dymu.
To wystarcza mi znacznie bardziej niż piękna legenda. Supergrass dali sobie prawo do bycia nierównymi. Dzięki temu ich najlepsze momenty nie potrzebują dodatkowego lukru.
Po kilkunastu latach grania nie zostali własnym pomnikiem. Zostali zespołem, którego nadal chce się czasem włączyć. Nie dlatego, że wszystko zrobili bezbłędnie. Dlatego, że kiedy naprawdę trafiali, natychmiast było wiadomo dlaczego.
WordPress excerpt: Diamond Hoo Ha miało











Komentarze
0