Kiedy myślę o liceum, Kombajn do zbierania kur po wioskach pojawia się także w tych wspomnieniach, w których nikt akurat nie włącza muzyki. Przewija się przez ludzi, sytuacje, przeczytane książki, przez historię poznawaną wtedy z poczuciem, że jej ciężar jakoś nas dotyczy. Po ponad dwudziestu latach trudno rozdzielić, co należało do piosenek, a co do życia, które się wokół nich toczyło. Najwyraźniej w pewnym momencie jedno zaczęło przechodzić w drugie.
Tak rozumiem swój licealny oniryzm. Zwykłe wydarzenia miały podszewkę, której nie potrafiłem nazwać. Ludzie znaczyli więcej, niż o tym wiedzieli. Zdanie znalezione w literaturze potrafiło przykleić się do czyjejś twarzy. Piosenka zmieniała znaczenie sytuacji, choć niczego w niej nie wyjaśniała. Kombajn był w tym wszystkim obecny. Jego muzyka nadawała kształt niejasnościom, z którymi wtedy chodziłem.
Mój ulubiony utwór to „Planety i liście”. Znam wiele znakomitych piosenek, ale z tą mam osobny układ. Wystarcza kilka pierwszych chwil i uruchamia się pamięć mniej posłuszna niż album ze zdjęciami. Wracają powidoki. Coś jeszcze widać, chociaż źródło światła dawno zniknęło.
Kombajn przypomina Kombajn
Z polskimi zespołami często bawimy się w odnajdywanie zagranicznych krewnych. Wczesne Myslovitz ustawiamy obok brytyjskiej gitarowej melancholii, choć poza britpopem warto pamiętać o Ride i The House of Love. Przy Muchach wracają Bloc Party i Franz Ferdinand, z zastrzeżeniem, że w tej opowieści swoje miejsce mają także amerykańscy The Strokes. Ściankę można zestawić z Sonic Youth, Republikę z XTC. To użyteczne skróty, dopóki pomagają usłyszeć pokrewieństwo i nie stają się całym opisem zespołu.[1]
Przy Kombajnie zawsze mam ochotę powiedzieć, że Kombajn przypomina wyłącznie Kombajn. A potem przypominam sobie, że miłość do zespołu nie zwalnia z uczciwości. W recenzji debiutu Kuba Ambrożewski słyszał Radiohead z czasu „The Bends”, The Verve z „A Northern Soul”, a w głosie Marcina Zagańskiego znajdował pokrewieństwo z The Cooper Temple Clause. Angelika Kucińska również przywoływała tę ostatnią nazwę, zaznaczając luźny charakter skojarzenia. Wpływy dało się rozpoznać już wtedy.[2]
Tylko że rozpoznanie wpływów niewiele mówi o tym, co ostatecznie dzieje się ze słuchaczem. Można ustalić pochodzenie gitarowego szumu, wskazać rodzinę melodii, rozrysować cały rodowód i zostać z pytaniem, dlaczego właśnie te piosenki tak mocno wchodzą pod skórę. U Kombajnu decyduje dla mnie sposób połączenia rzeczy: głosu, który potrafi zabrzmieć nieprzyjemnie blisko, melodii podatnej na zakłócenia i języka, w którym coś zostało przesunięte o kilka centymetrów. Niby niewiele. Wystarcza, żeby nie trafić po ciemku we własne drzwi.
Nazwa zespołu też wprowadza w błąd. Kombajn do zbierania kur po wioskach brzmi jak obietnica niewybrednego żartu, tymczasem można pod nią znaleźć piosenki niemal bezbronne. Ten dysonans do nich pasuje. Jest trochę śmiesznie i trochę niezręcznie; powaga przychodzi, zanim zdążymy się do niej odpowiednio ustawić. Bardzo lubię, że ten zespół nie zapewnił swoim uczuciom reprezentacyjnej nazwy.
Dwa tytuły, jeden adres
Debiut nazywa się „Ósme piętro” i ukazał się 17 stycznia 2005 roku. „8 dzień tygodnia” jest utworem otwierającym płytę. Zaraz po nim pojawiają się „Planety i liście”. Te tytuły mocno skleiły mi się w pamięci: dodatkowy dzień, wysokie piętro, planety i coś tak pospolitego jak liście. Już na wejściu wszystko ma tu odrobinę niewłaściwą skalę.[3]
Kombajn powstał w 2001 roku w Nowym Dworku koło Świebodzina. W 2003 wygrał festiwal w Węgorzewie. Ważną drogą do słuchaczy była Trójka, a w niej Piotr Kaczkowski i „Minimax”. Na składance „Minimax.pl” z 2003 roku znalazły się „Połączenia”, podpisane nazwą Kombajnu, oraz „Planety i liście” Materaca. Mój ulubiony utwór miał więc wcześniejsze życie pod innym szyldem. W historii tych muzyków nazwy i piosenki nie zawsze grzecznie trzymają się jednej półki.[4]
Za brzmienie „Ósmego piętra” odpowiadał Maciej Cieślak. Jego nazwisko warto tu zatrzymać na dłużej niż zwyczajowe pół zdania o producencie. Lider Ścianki znalazł się przy muzyce, w której chwytliwa piosenka musiała pomieścić także szum, chropowatość i niepokój. Paweł Koprowski obsługiwał na debiucie między innymi gitary, perkusję, klawisze i programowanie. W „Planetach i liściach” gościnnie zagrał na bębnach Michał Gos. Etykieta kolejnego gitarowego zespołu mówi o tej pracy zdecydowanie za mało.[5]
Na płycie słychać różne proporcje tych składników. „Milion” przechodzi od łagodności do spiętrzenia gitar, „Białe kwity” wpuszczają elektronikę, a kończąca całość „Śnieżka” zostawia akustyczne wyciszenie.[6] Najbardziej pociąga mnie moment, w którym melodia nadal jest uchwytna, ale jej otoczenie zaczyna się chwiać. Przyjazna piosenka nabiera obcego wyrazu. Człowiek już zdążył podejść blisko i teraz musi zostać z tym, co się odsłoniło.
Nie każda nierówność jest przy tym zaletą. Debiut ma fragmenty, w których można zmęczyć się podobną temperaturą emocji albo uznać kolejne spiętrzenie za zbyt łatwe rozwiązanie. Po latach nie potrzebuję usuwać tych zastrzeżeń, żeby kochać płytę. Przeciwnie, wolę ją razem z miejscami, w których stawia opór. Wygładzona do samego zachwytu byłaby trudniejsza do rozpoznania.
Pomarańcze wobec kosmosu
W „Planetach i liściach” melodia stopniowo obrasta hałasem.[6] Tekst tymczasem operuje kilkoma obrazami: zagrożeniem z kosmosu, spadającymi liśćmi i obietnicą kupienia pomarańczy. Słyszę w tym człowieka, który wobec czegoś niewyobrażalnego proponuje gest znajdujący się w zasięgu jego rąk.[7] Coś można jeszcze komuś przynieść. Można o kimś pamiętać. Nawet jeżeli brzmi to niedorzecznie w zestawieniu z ogromem, jaki przed chwilą pojawił się w piosence.
Ta dysproporcja jest dla mnie sednem utworu. Gdyby Zagański zaczął wyjaśniać, dlaczego akurat pomarańcze i co dokładnie oznaczają planety, mógłby odebrać piosence jej szczególną siłę. Tutaj kilka zwyczajnych słów pracuje w powtórzeniu. Ich sens zależy od napięcia, od narastania muzyki, od tego, z czym sam przychodzę do nagrania. Obietnica bywa pocieszeniem. Innym razem brzmi jak próba odwrócenia uwagi od czegoś, z czym nikt sobie nie poradzi.
Nie słyszę w tym słodkiej opowieści o tym, że drobne gesty wszystko naprawiają. Piosenka nie daje takiej gwarancji. Może właśnie dlatego gest zostaje w pamięci. Jest za mały, nie załatwia sprawy, a mimo to ktoś go proponuje. Ten rodzaj bezradności wydaje mi się znacznie bardziej wiarygodny niż wielkie wyznanie, po którym muzyka powinna już tylko triumfalnie wybrzmieć.
Kombajn działa na mnie właśnie w takich miejscach. Wchodzę w utwór, który można streścić w kilku zdaniach, i wychodzę z czymś, co nie mieści się w streszczeniu. Powtórzenie nie dostarcza nowej informacji. Zmienia ciężar tego, co już wiem. Z czasem to samo zdanie może uwierać inaczej.
Z liceum zostaje czasem skłonność do przypisywania piosenkom zbyt wielkiej roli. Znam ten zarzut i potrafię go skierować także do siebie. Muzyka nie musiała wiedzieć o mnie wszystkiego. To ja przynosiłem do niej własne sprawy. Kombajn miał jednak tę właściwość, że nie wyrzucał ich za drzwi jako niepasujących do opowieści. Jego niedopowiedzenia dawały im miejsce.
Hłasko za ścianą
„8 dzień tygodnia” i cały debiut przywołują mi Marka Hłaskę. To moje skojarzenie, a nie potwierdzona inspiracja zespołu. W „Ósmym dniu tygodnia” Agnieszka i Piotr szukają dla swojej bliskości kawałka prywatnej przestrzeni. Niby niewiele, a w rzeczywistości, przez którą muszą się przedzierać, okazuje się to żądaniem niemal bezczelnym.[8]
U Hłaski mocno czuję zawiedzioną nadzieję ukrytą pod szorstkością. Bohater zdążył już nauczyć się nieprzyjemnych odpowiedzi, ale wciąż jeszcze chciałby dostać inną. Ten splot pragnienia i zniecierpliwienia odnajduję w Kombajnie. Głos potrafi być chropawy, gitara ciężka, zdanie dziwne i mało wygodne, a jednak spod tego wszystkiego wyłania się potrzeba kontaktu. Trochę wstydliwa, bo przecież tak łatwo ją ośmieszyć.
Różnica jest równie ciekawa jak podobieństwo. Hłasko potrafi przycisnąć bohatera do konkretnej sytuacji i jej brutalnych warunków. U Zagańskiego rzeczywistość częściej traci spoistość. Przedmioty trafiają w nieoczekiwane sąsiedztwa, zdanie zmienia kierunek, a słuchacz musi zaakceptować, że przyczynowość nie będzie tym razem szczególnie pomocna. Czuję pokrewieństwo temperatury, choć poruszam się już w innym porządku.
Tu zaczyna się oniryzm Kombajnu. Nie wystarcza do niego rozmyte brzmienie czy tekst, który trudno rozszyfrować. Chodzi o tę osobliwą wiarygodność snu: sytuacja jest niemożliwa, a uczucie, które wywołuje, nie budzi najmniejszych wątpliwości. Można po przebudzeniu opowiedzieć komuś absurdalną fabułę i nie umieć przekazać, dlaczego przez cały ranek nie daje spokoju. Z niektórymi piosenkami tego zespołu mam podobnie.
W mojej pamięci liceum przybiera właśnie taką postać. Literatura, historia, muzyka i ludzie nie czekają na osobne rozdziały. Nakładają się na siebie. Czyjaś obecność potrafi dopisać znaczenie do książki, książka do piosenki, piosenka do zdarzenia. Powstaje palimpsest: kolejne warstwy nie usuwają poprzednich, tylko utrudniają ich oddzielenie. Po latach wiem mniej o kolejności, a więcej o tym, jaką temperaturę miało to wszystko razem.
Nie chciałbym zarazem upiększać młodości samym słowem „oniryzm”. Mieściły się w niej również niezręczność, nuda, nadmiar powagi i rzeczy przeżywane kompletnie nieproporcjonalnie. Kombajn pasuje do tej pamięci właśnie dlatego, że potrafi zabrzmieć nieładnie. Nie wygładza wszystkiego do miłego zamyślenia. Czasem pozwala wytrzymać we własnym rozdrażnieniu odrobinę dłużej, niż wypada.
Po lewej stronie
„Lewa strona literki M”, wydana 23 października 2006 roku przez Polskie Radio, jest drugą płytą, bez której nie umiem opowiedzieć swojego Kombajnu. Otwiera ją „O czym ja mam z tobą myśleć”. Dalej pojawiają się „Dekodery i anteny”, „Jesienne baterie”, „Roboty”, „DNA” i „Zerojedynki”. Już same tytuły łączą bliskość z techniką, biologią i urządzeniami służącymi do przekazywania sygnałów.[9] Ktoś najwyraźniej próbuje ustalić połączenie, choć nie ma pewności, czy druga strona odbiera.
Pytanie „O czym ja mam z tobą myśleć” robi na mnie wrażenie tym niewielkim przesunięciem wobec zwykłej rozmowy. Wspólne myślenie wydaje się intymniejsze. Zakłada jakąś równoczesność, zgodę na obecność drugiego człowieka także w tym, co nie jest jeszcze gotową wypowiedzią. To dobry przykład języka Zagańskiego: nie trzeba mnożyć poetyckich rekwizytów, żeby zdanie nagle znalazło się bardzo blisko słuchacza.
Sam tytuł albumu działa jak wskazówka z prywatnego słownika. „Lewa strona literki M” sugeruje miejsce, które dałoby się odnaleźć, gdybyśmy tylko znali odpowiednią osobę albo regułę. Nie mam potrzeby rozstrzygania za autora, co oznacza ta litera. Wystarcza mi dziwna konkretność adresu, pod którym niczego nie można zameldować, a jednak można długo przebywać.
Znam też drugą stronę tego języka. Zdzisław Sztorm w recenzji albumu chwalił rozwiązania muzyczne i pasujący do nich wokal, ale ostro odrzucał teksty.[10] Trudno zbyć takie zastrzeżenie stwierdzeniem, że krytyk nie zrozumiał poezji. Bywa, że osobliwa fraza pozostaje tylko osobliwą frazą. Nagromadzenie dziwności nie musi niczego pogłębiać. Kombajn porusza się blisko tej granicy i nie zamierzam twierdzić, że nigdy jej nie przekracza.
W najlepszych momentach ratuje go słuch. Sposób osadzenia słów w melodii, ich czas, oddech, tarcie z gitarą. Wers wyjęty z nagrania potrafi wyglądać znacznie słabiej niż zaśpiewany. To dlatego nie czytam tych tekstów jak zbioru aforyzmów, z którego trzeba wyłowić coś na każdą okazję. Interesuje mnie cała piosenka, razem z jej zawahaniem i przesadą.
Przy drugiej płycie ponownie pracował Cieślak. Koprowski wspominał później, że podczas nagrywania mieszkali u niego w Sopocie i mogli przedpremierowo posłuchać „Happiness Is Easy” Myslovitz.[11] Podoba mi się ten drobiazg w opowieści o zagranicznych i polskich odpowiednikach. Te muzyczne światy rzeczywiście miały wspólnych ludzi i wspólne pomieszczenia. Nie przeszkodziło im to powstać na własnych zasadach.
Karmelki, gruz i zwykłe struny
„Karmelki i gruz” z 2011 roku już mnie nie kupiły. Przy tej płycie nie wydarzyło się to, co przy dwóch poprzednich. Mógłbym dorobić do tego rozbudowaną teorię artystycznego upadku, tylko po co. Osobiste rozczarowanie jest wystarczająco konkretną informacją. Nie trzeba przerabiać go na obowiązujący wszystkich wyrok.
Zmieniła się metoda pracy. Materiał nagrano w lutym 2011 roku na żywo, bez dogrywek, w warszawskim studiu imienia Adama Mickiewicza. Ponownie pracował przy nim Cieślak, masteringiem zajął się Andrzej Smolik. Zagański zapowiadał brzmienie ostrzejsze i bardziej surowe, bliższe energii koncertowej.[12]
Rozumiem ten wybór, choć mój najważniejszy Kombajn zostaje w dwóch pierwszych albumach. Pociągało mnie tam poczucie, że piosenka może w każdej chwili zmienić stan skupienia. Melodia była blisko, a znaczenie wymykało się o krok dalej. „Karmelki i gruz” nie uruchomiły we mnie tego samego ruchu. Możliwe, że miałem już mniej miejsca na ich muzykę, możliwe, że potrzebowałem czegoś innego. Nie umiem uczciwie oddzielić zmiany zespołu od własnej.
Ten brak zachwytu dobrze robi zresztą pamięci o dwóch wcześniejszych płytach. Pozwala mówić o nich z przekonaniem, które nie wynika z obowiązku. Bycie ukochanym zespołem z liceum nie powinno oznaczać abonamentu na aprobatę.
Historia Kombajnu miała również wymiar bardziej przyziemny niż wybór sposobu nagrywania. W wywiadzie z 2013 roku Koprowski opowiadał o problemach z dostępnością debiutu i braku pieniędzy nawet na struny.[11] Przy takim szczególe słowo „kultowy” zaczyna brzmieć podejrzanie wygodnie. Dla słuchacza oznacza ważną część życia. Muzyk nadal musi jakoś kupić to, na czym zagra. Nasze wzruszenia nie zawsze zamieniają się w warunki pozwalające zespołowi działać.
Suche Oczy. Życie podczas przerwy
W czasie, gdy Kombajn nie działał, pojawiły się Suche Oczy. Zespół powstał we wrześniu 2021 roku w Zielonej Górze. Tworzyli go między innymi gitarzysta Paweł Koprowski i basista Witold Przepióra, obaj związani wcześniej z Kombajnem, oraz wokalista, gitarzysta i autor tekstów Midjan Trajer. W lipcu 2022 roku do składu dołączył perkusista Nikita Barabolia.[13]
W mojej opowieści o Kombajnie Suche Oczy zajmują miejsce przerywnika, ale słowo to nie powinno odbierać im własnej tożsamości. Mieli innego autora tekstów i inny głos. Zostawiam tu „Krokodyla” oraz „Kawę nr 6”, żeby można było samemu sprawdzić, jak układały się te znajome nazwiska w nowej konfiguracji. Oba nagrania wskazywali również organizatorzy Gorzowskiego Splinu, przedstawiając zespół w 2022 roku.[13]
Najciekawsze jest dalsze połączenie. Midjan Trajer znalazł się później w reaktywowanym Kombajnie jako gitarzysta. W składzie występującym w Trójce w czerwcu 2025 roku był także perkusista Szymon Dobrochoczy, wymieniony w opisie nagrania „Krokodyla” Suchych Oczu.[14] Przerwa w działalności jednej nazwy mieściła więc muzykę i spotkania, które miały dalszy ciąg. Z perspektywy fanowskiego oczekiwania łatwo przeoczyć, że czyjeś życie toczy się również poza zespołem, na którego powrót czekamy.
Co zostaje po przebudzeniu
15 czerwca 2025 roku Kombajn wystąpił w Studiu imienia Agnieszki Osieckiej. Przy okazji powrotu muzycy mówili o pracy nad nowym albumem.[14] Lubię myśl, że ta historia nie skończyła się na odtwarzaniu własnego archiwum. Nie potrzebuję jednak od zespołu obietnicy, że jeszcze raz urządzi mi liceum. Nowe piosenki mogą mieć do załatwienia zupełnie inne sprawy.
Znalazłem przy tym ślad, który wraca do pytania o muzycznych odpowiedników. Edi, frontman hai, w rozmowie z „Kulturą Enter” wymieniał Kombajn i Ściankę wśród ważnych punktów odniesienia swojej młodości.[15] Ayden wskazywali Kombajn jako inspirację w opisie „Antykwariatu” na Bandcampie.[16] Zespół, któremu krytycy szukali krewnych za granicą, sam wszedł do cudzej opowieści o tym, skąd bierze się muzyka. To mówi o jego osobności więcej niż stanowcze zapewnienie, że nigdy nikogo nie przypominał.
Przywiązanie po dwóch dekadach ma pewną przewagę nad pierwszym zachwytem. Zdążyło przeżyć rozczarowanie, długą przerwę, zmianę własnego gustu i wiele innych płyt. Wiem już, że Kombajn nie był bezbłędny. Nie wszystkie teksty muszą się bronić, nie każda muzyczna decyzja jest objawieniem. Nadal jednak potrafię odnaleźć w tych nagraniach sposób odczuwania, dla którego trudno znaleźć zamiennik.
Kiedy wracam do „Planet i liści”, nakładają się na siebie dwie perspektywy. Słyszę piosenkę i pamiętam, jak dużo mogła znaczyć. Licealne sytuacje, ludzie, historia i literatura znów przez chwilę tracą oddzielne kontury. Dziś pewnie opowiedziałbym wiele z tamtych spraw inaczej. Ta muzyka przypomina mi, dlaczego wtedy nie umiałem.
Puszczam „Planety i liście”. Po kilku minutach wracam do tego, co miałem zrobić. Jeszcze przez jakiś czas wszystko wygląda odrobinę inaczej.
Nagrania i dalsze tropy
Pełne odtwarzacze albumów powyżej obejmują 38 utworów: 12 z „Ósmego piętra”, 16 z „Lewej strony literki M” i 10 z „Karmelków i gruzu”. Obok nich znajdują się osobne nagrania „Planet i liści”, „8 dnia tygodnia”, „Uczuć”, „Połączeń”, dwa utwory Suchych Oczu i cały koncert Kombajnu w Trójce.
Muzykę Kombajnu znajdziesz także przez odnośnik zespołu do Spotify, TIDAL i Apple Music, w Apple Music, Deezerze i YouTube Music. Drugą płytę udostępnia również Apple Music w polskim katalogu.
Do osobnego sprawdzenia: „Antykwariat” Ayden na Bandcampie oraz archiwalna playlista nagrań Materaca na YouTube, zawierająca inną wersję „Planet i liści”. Informacje od muzyków: Kombajn na Facebooku, Kombajn na Instagramie, Suche Oczy na Facebooku.
Źródła
1. Rozmowa z Myslovitz, Screenagers, 2006; Angelika Kucińska, „Beneficjenci dobrobytu. Muchy”, Mint; Kuba Ambrożewski, „Ścianka”, NCK; „Zespół Republika po latach”, Gdańsk.pl.
2. Kuba Ambrożewski, recenzja „Ósmego piętra”, Screenagers, 15.05.2005; Angelika Kucińska, recenzja debiutu, Onet, 28.02.2005.
3. „Ósme piętro”, wydanie Offmusic OM 014, Archiwum Polskiego Rocka. Spotify udostępnia także reedycję z datą 2007; premiera albumu przypada na 2005 rok.
4. Historia zespołu i koncert z 2025 roku, Trójka; „Minimax.pl Piotra Kaczkowskiego”, Onet, 10.12.2003.
5. „Ósme piętro”, obsada nagrań, Archiwum Polskiego Rocka; recenzja debiutu, Screenagers.
6. Angelika Kucińska, recenzja „Ósmego piętra”, Onet; Kuba Ambrożewski, recenzja debiutu, Screenagers.
7. „Planety i liście”, Tekstowo; tekst porównawczy, Śpiewnik Wywroty. Odczytanie obrazów jest interpretacją autora artykułu.
8. Marek Hłasko, „Ósmy dzień tygodnia”, opis wydania Elf, Poczytaj.pl.
9. „Lewa strona literki M”, Polskie Radio PRCD 999, Archiwum Polskiego Rocka.
10. Zdzisław Sztorm, recenzja „Lewej strony literki M”, Onet, 03.01.2007.
12. „Nowa płyta Kombajnu do Zbierania Kur po Wioskach”, Polskie Radio, 22.08.2011.
13. Prezentacja Suchych Oczu, VI Gorzowski Splin Festiwal, MCK Gorzów, 28.09.2022.
14. Skład i koncert Kombajnu w Trójce, 15.06.2025; Suche Oczy, „Krokodyl”, opis nagrania.
15. Ivan Davydenko, rozmowa z Edim z hai, „Dobrze jest się stęsknić”, Kultura Enter, 2026/02.
16. Ayden, opis „Antykwariatu”, Post-rock PL, Bandcamp.
Otwórz ten tekst w aplikacji Tony Muzyki. Wybierz język i odkrywaj kolejne artykuły.












Komentarze
0