Mam za mało czasu.
Rytm krąży, refren wraca. Zanim otworzę dzisiejsze premiery, wracam do „Za mało czasu” Fisza Emade Tworzywo, utworu z 2021 roku.
W środku odzywa się fragment „Rozmowy” Barbary Wrońskiej. Starsze nagranie znajduje miejsce w kolejnym, a ja znajduję w nim opis własnego piątku. [1]
Jeszcze niczego nie włączyłem z dzisiejszej listy. Już słucham czegoś innego. Zaczyna się znakomicie.
U Fisza są warszawskie ulice, zatłoczone kluby, winyle wyciągane z torby. Muzyka dociera do brzucha, zanim zdąży zamienić się w opinię.
Są Nightmares on Wax, berlińskie dub techno, nocne powroty. Potem pieczywo, pomidory, naprawa roweru. Miasto przechodzi z nocy w dzień, człowiek dalej niesie swój rytm.
Lubię tę kolejność. Wspomnienie klubu nie usuwa z życia zakupów. Zakupy nie unieważniają tamtej nocy. Wszystko mieści się w jednym człowieku.
Próbuję zmieścić podobny zestaw w kalendarzu. Do pomidorów dopisuję studia, zajęcia, materiały do przeczytania, wiadomości i sprawy, których nikt za mnie nie załatwi.
A potem przychodzi piątek. Na ekranie pojawia się osiem okładek. Pod każdą znajduje się bardzo przekonujący powód, żeby odłożyć pozostałe siedem.
Piątek, który powinien trwać do wtorku
Dzisiaj, 23 października, nowy Michael Kiwanuka, nowa Nosowska, Fine, Sen Morimoto, Anderson .Paak i Cordae, NANGA, EWA KOC.
Do tego zeszłotygodniowe Fontaines D.C., których jeszcze nie zdążyłem opisać na Tonach Muzyki. Płyta czeka. Kursor mruga. Kalendarz zachowuje zimną krew.
Najłatwiej byłoby ułożyć nazwiska w kolumnie, dopisać tytuły i uznać, że piątek został obsłużony. Nawet wyglądałoby to porządnie.
Tylko że przy jednym nagraniu chciałbym sprawdzić, kto ułożył smyczki. Przy drugim wrócić do początku. Przy trzecim przeczytać tekst, bo jedno zdanie nie daje spokoju.
W ten sposób trzy minuty piosenki zajmują kwadrans. Potem otwieram drugą kartę, żeby wyjaśnić drobiazg, i znajduję w niej pomysł na osobny artykuł.
Każda z tych płyt przynosi inną historię powstawania, inny sposób obchodzenia się z głosem, rytmem i czasem.
Nie mam jeszcze gotowego wyroku na cały ten piątek. Mam kilka mocnych punktów zaczepienia i ochotę sprawdzić, co wydarzy się pomiędzy nimi.
Michael Kiwanuka: siedem minut, których nie chcę odzyskać
„FUDGE” powstawało przez około trzy lata, równolegle z „Small Changes”. Michael Kiwanuka sam przejął produkcję, pracując w niewielkim studiu Dreamers pod Southampton.
Obok był Joe Connell, multiinstrumentalista z jego koncertowego zespołu. Później przy dopracowaniu materiału pojawili się Dom Monks i aranżerka smyczków Rosie Danvers.
Najbardziej interesuje mnie jednak wieczór, podczas którego gotowe pomysły nie chciały ruszyć. Po kolacji muzycy wrócili do studia i zaczęli improwizować.
Z tej sesji wyrosło siedmiominutowe „Love In My Heart”. Właśnie ten utwór przekonał Kiwanukę, że poboczne eksperymenty układają się w osobny album. [2]
Wśród punktów odniesienia Kiwanuka wymienia psychodeliczny soul Shuggiego Otisa i swobodę Neila Younga z „On the Beach”. Łączy je przyjemność podążania za pomysłem. [2]
Trudno o lepszą piosenkę do otwarcia zestawienia człowieka, który narzeka na brak czasu. Siedem minut. A przecież za chwilę będę chciał włączyć ponownie.
Wybieram ją również ze względu na tę historię: kompozycję, która dostała miejsce na rozrośnięcie się, zanim ktokolwiek przyłożył do niej plan całej płyty.
W takim graniu interesują mnie momenty, kiedy instrument jeszcze czegoś szuka, a głos już wie, w którą stronę pójść. Chcę zostawić sobie przestrzeń na ich zauważenie.
„FUDGE” przyciąga mnie obietnicą bliskości samego robienia muzyki. Niewielki pokój, kilka osób, pomysł, który okazuje się większy od pierwszego zamiaru.
Mój plan na wieczór też był mniejszy. Miałem tylko sprawdzić, co wyszło. Tymczasem od pierwszej płyty dostaję bardzo sensowny argument za zostaniem dłużej.
Nosowska: cztery strony tej samej osoby
Przy „NIGREDO” sama konstrukcja albumu domaga się uwagi. Dwanaście utworów i czterech producentów: Paweł Krawczyk, Michał „Fox” Król, Andrzej Smolik, Marcin Macuk.
Na podwójnym winylu każdy z nich dostał własną stronę. Ten podział można więc dosłownie wziąć do ręki, obrócić, przełożyć na drugą płytę.
Podoba mi się taki pomysł na słuchanie Nosowskiej: ten sam głos przechodzi przez cztery różne pomieszczenia. Chciałbym przyjrzeć się temu, co zabiera ze sobą do każdego.
Zapowiedzi ukazywały się po cztery piosenki naraz, bez jednej wyznaczonej na prowadzenie. Wydawnictwo od początku rozpraszało uwagę w kilku kierunkach.
Tytuł Nosowska wiąże ze spotkaniem z tym, co człowiek w sobie wypiera: wstydem, bólem, lękiem. To nadaje różnym producenckim perspektywom wspólny, osobisty środek. [3]
Wybieram „MILCZĘ PATRZĘ”, wyprodukowane przez Smolika. W tekście bufet zmienia się w scenę zachłanności: jedzenie, wypluwanie, marnowanie i coraz bardziej roszczeniowe zachowanie. [4]
Czytam te obrazy jako opowieść o nadmiarze, który przestaje dawać przyjemność. Trudno mi przy tym nie pomyśleć o własnym apetycie na kolejne premiery.
Chciałbym przecież zdążyć ze wszystkim. Najpierw otwieram następną płytę, potem następną. Dopiero później próbuję sobie przypomnieć, co zostało ze mną z pierwszej.
Sam tytuł „MILCZĘ PATRZĘ” podsuwa inny gest. Posiedzieć chwilę. Dać głosowi dojść do końca zdania, zanim zacznie się układać własne.
Cztery strony winylu pomagają mi wyobrazić sobie inną kolejność: najpierw jedna, potem oddech, dopiero następna. Żeby każde spotkanie miało własną chwilę.
W piątek pełnym premier nawet obrócenie płyty staje się pożytecznym opóźnieniem.
Fine: piosenki zszywane z półsnu
Fine Glindvad z Kopenhagi bierze na „Jazz dreams” odpowiedzialność za pisanie, produkcję i nagranie materiału. Trzynaście utworów układa w wyraźnie autorski świat. [5]
Jej metoda dopuszcza jednak cudze instrumenty i zespołowe improwizacje. Fragmenty są cięte, nakładane na siebie, łączone z samplami, partiami akustycznymi i elektrycznymi. [6]
To ciekawy rodzaj porządku. Melodia może przeprowadzić przez utwór, w którym poszczególne elementy pamiętają różne chwile i różne warunki nagrania.
„Everything in the shade”, które tu wybieram, opiera się na fortepianie i rozpoznawalnej konstrukcji piosenki. W opisie zapowiedzi podkreślano jej ciepło i senną, surrealistyczną otoczkę.
Materiał na album dojrzewał także poza studiem: we wcześniejszych koncertowych wersjach, demach i wariantach prezentowanych podczas rezydencji Fine w NTS. [7]
To kolejna premiera, za którą stoi znacznie więcej czasu, niż sugeruje data widoczna pod okładką. Zanim dostaliśmy gotową całość, piosenki próbowały różnych kształtów.
Myślę o własnych notatkach: zdaniu zapisanym w telefonie, urwanej myśli, tytule, który jeszcze do niczego nie pasuje. Czasem dopiero po miesiącu znajdują sobie sąsiedztwo.
Przy Fine chcę sprawdzić właśnie te połączenia. Co podtrzymuje melodię, co na chwilę ją rozprasza, gdzie zwyczajna piosenka zaczyna zachowywać się jak wspomnienie.
Na trackliście jest też półtoraminutowe „Sometimes I rush”. Czasami się spieszę. Znam tę przypadłość. Obawiam się tylko, że półtorej minuty nie wystarczy na jej omówienie. [5]
Sen Morimoto: czas podobno gra po mojej stronie
„Time Is On Your Side”. Czas jest po twojej stronie. Chciałbym poprosić Sena Morimoto, żeby przekazał tę informację również mojemu planowi zajęć.
Za tym tytułem stoi jednak konkretny pomysł na muzykę. Psychodeliczny soul lat 60. i 70., automaty perkusyjne, akustyczna gitara i smyczki otaczają kameralnie prowadzony głos.
Wytwórnia Sooper opisuje zwrot ku subtelniejszym fakturom niż na „Diagnosis”. Mniej demonstracyjnego rozmachu, więcej miejsca na bliskość piosenki. [8]
Nad produkcją pracowali Morimoto, Brok Mende i Kaina Castillo. Nagrania powstawały w studiu Friends of Friends Recording oraz w domu. [9]
Interesuje mnie to przechodzenie między pomieszczeniami: profesjonalną salą i własnym pokojem. Oba miejsca mogą zmieścić się w jednym nagraniu, jeśli spina je czyjaś wyobraźnia.
Wybrany utwór tytułowy zamyka płytę. Po gitarowym nasileniu przedostatniego „I Saw You” przychodzi finał łączący orkiestrowy jazz z ambientowymi syntezatorami. [8]
To dobry powód, żeby po pierwszym spotkaniu wrócić do albumu od początku. Finał ma przecież za sobą drogę, której pojedynczy odtwarzacz pod tekstem nie pokaże.
Morimoto opowiada o piosenkach powstających w kilku improwizowanych podejściach i takich, które czekały latami. Czas staje się częścią pracy nad nimi. [8]
Patrzę na swoje niedokończone teksty z odrobiną większej sympatii. Jeszcze nie wiem, które dojrzewają, a które po prostu leżą. Na razie wszystkie mają podobną nazwę pliku.
Tym bardziej chcę zostawić tej płycie możliwość powrotu. Dzisiaj usłyszeć jeden kształt. Za tydzień sprawdzić, co odsłoni się za nim.
Anderson .Paak i Cordae: pół godziny, która też chce być wieczorem
„Heavy Is The Crown” wygląda przyjaźnie dla kalendarza: jedenaście utworów, około trzydziestu jeden minut. W sam raz, żeby zdążyć jeszcze z czymś innym.
Znam siebie na tyle, żeby nie ufać temu rachunkowi.
Anderson .Paak i Cordae zaczynają od rapowej wymiany w „58th Floor”. Telefon, szafa, kłopotliwa sytuacja i opowieść rozgrywana między dwoma głosami.
Ten komediowy początek ustawia relację duetu: jeden może podać historię dalej, drugi podkręcić scenę. Piosenka zyskuje tempo rozmowy, w której obaj chcą dopowiedzieć swoje.
Obok pojawiają się jednak „Karma Tax” i „Helpless”, odsłaniające znacznie mniej wygodne sprawy. Krótka płyta mieści także zmianę tonu. [10]
Wybieram „A Good Day”, wyprodukowane przez Hollywood Cole’a. Utwór sięga po muzyczną pamięć Billa Withersa, a oficjalny opis albumu wiąże go z wdzięcznością. [11] [10]
Wśród tytułów o cieniu, duchach i braku czasu ten jeden zostawia trochę słońca. Dobry dzień może przecież zawierać także rzeczy niedokończone.
Przy rapowym duecie chciałbym zatrzymać się na wymianie energii: sposobie wejścia po drugim głosie, pozostawionym miejscu, zdaniu odbitym od poprzedniego.
Takich rzeczy nie da się uczciwie odmierzyć długością tracklisty. Trzydzieści jeden minut to czas jednego przejścia przez album. Cała reszta zależy od ciekawości.
A ta, niestety dla mojego harmonogramu, ma się całkiem dobrze.
NANGA: duchy pamiętają hasło do starego komputera
NANGA przynosi „Duchy”, płytę zanurzoną w popkulturze lat 90. i 2000. W opisie wydawcy spotykają się bity, syntezatory, saksofony i zdarty wokal. [12]
W „Soprano” za głos i sample odpowiada Magda Dubrowska, za perkusję i bity Maciek Dzierżanowski, za saksofony i klawisze Karol Gola.
To konkretne połączenie ciała i elektroniki. Oddech w instrumencie, uderzenie, zapętlony fragment. Kilka sposobów wytwarzania rytmu pracuje w jednym zespole. [13]
Singiel przywołuje mafijny serial i fantazję o sprawczości: New Jersey, basen, możliwość urządzenia świata według własnej woli. Obok czają się Myspace i playlisty Winampa.
Dubrowska podchodzi do sentymentu z nieufnością. Powrót do dawnej popkultury ma także zahaczać o dzisiejszy lęk, niepewność i zmęczenie. [13]
To właśnie interesuje mnie najbardziej. Stary dźwięk potrafi przywołać pokój, którego już nie ma. Ale człowiek, który do niego wraca, przynosi zupełnie nowe zmartwienia.
Nagle obok Fisza pojawia się druga droga do przeszłości. Tam ulice, kluby i winyl. Tutaj ekran, serial, pliki z muzyką, które trzeba było samemu ułożyć.
Żadna z tych rzeczy nie zmieści się z powrotem w dawnym roku. Można jednak usłyszeć, co zostało z nich w obecnym głosie.
Dlatego wybieram otwierające album „Soprano”. Daje tej części tekstu bohatera, miejsce i fantazję o przejęciu kontroli. Wszystko, czego brakuje mi nad listą dzisiejszych premier.
Moja wersja wielkiej władzy byłaby skromniejsza. Jeden wieczór bez dopisywania nowych pozycji do kolejki. Nawet bez basenu.
EWA KOC: mieli nagrać jedną piosenkę
Ta historia brzmi jak opis mechanizmu, przez który powstaje połowa moich zaległości. Spotkali się przy jednej piosence. Wyszli z pomysłem na zespół.
EWA KOC to Błażej Król, Dawid Tyszkowski, Kamil Pater, Kuba Staruszkiewicz i Wawrzyniec Topa. Pięć osób, których wspólne granie przerosło początkowy plan. [14]
Debiut „Nie ma lepszego świata niż ten” nagrywali razem, na setkę, prosto na taśmę. W rozmowie z „Gitarzystą” podkreślają znaczenie wzajemnych reakcji i pozostawionych niedoskonałości.
Kamil Pater tłumaczy, że dalsze poprawianie wykonania potrafiło odbierać mu naturalność. Król mówi o przestrzeni na gitarowe pomysły oraz inne rozwiązania wokalne i tekstowe. [15]
To bardzo konkretny powód, żeby przy tej płycie zatrzymać się na graniu zespołu. Zauważyć chwilę, w której czyjś ruch zmienia odpowiedź drugiego muzyka.
Sam pomysł wspólnego nagrania niesie napięcie: decyzja podjęta teraz od razu wpływa na to, co wydarzy się za sekundę. Nie wszystko czeka na późniejsze uporządkowanie.
Wybieram „Zabierz mnie”, pierwszy singiel. Chciałbym wejść od niego w album, a potem sprawdzić, jak ta zbiorowa energia rozkłada się na całość. [16]
Muzycy wskazują „Autopilot” i „Niebezpiecznie blisko” jako szczególnie trafne przykłady wspólnej tożsamości. Dopisuję je sobie jako następne miejsca do zatrzymania. [15]
Tytuł albumu łączą ze wspomnieniem domu w lesie i wspólnego tworzenia. Świat okazuje się na chwilę wystarczający, kiedy wszyscy są w odpowiednim pokoju.
Rozumiem pokusę zostania w takim miejscu dłużej. Mieli nagrać jedną piosenkę. Ja miałem napisać krótki przegląd. Skala inna, mechanizm podejrzanie znajomy.
Fontaines D.C.: zeszły piątek nadal trwa
„Dopamine Chamber” ukazało się 16 października. Tydzień minął, a ja wciąż nie znalazłem dla tej płyty osobnego tekstu na Tonach Muzyki. [17]
Nowe premiery już ustawiają się przed nią w kolejce. Bardzo sprawnie potrafią udawać pilniejsze tylko dlatego, że na ich metryce widnieje dzisiejsza data.
Fontaines D.C. ponownie pracowali z Jamesem Fordem, producentem „Romance”. W wywiadzie dla MusicRadar opowiada on o intensywnych sesjach i muzykach ciągnących w różne strony.
Zależało im na zachowaniu twórczej osobliwości mimo coraz większej skali działania. Ford przyznaje też, że gotowy album poszedł w inną stronę, niż początkowo zakładał. [18]
To dla mnie wystarczający powód, żeby nie zamykać zespołu w opisie odziedziczonym po poprzedniej płycie. Warto dać nowym piosenkom czas na zepsucie wygodnych przyzwyczajeń.
Wybieram „Marianne”. W recenzji Pitchforka Shaad D’Souza wyróżnia napierający, kołyszący rytm oraz głos Griana Chattena, który jednocześnie przyciąga i niepokoi. [19]
Takie napięcie dobrze pasuje do samego tytułu albumu. Przyjemność kolejnego bodźca może przecież zajmować coraz więcej miejsca, a zostawiać coraz mniej do zapamiętania.
Patrzę na własną kolejkę odsłuchów. Każda następna okładka obiecuje coś interesującego. Przy żadnej nie pojawia się komunikat: może najpierw skończ słuchać poprzedniej.
Fontaines D.C. zostają więc tutaj jako otwarta sprawa. Chcę wrócić do nich z miejscem na pełny album i własne zdania, które nie będą goniły kalendarza.
Zeszły piątek najwyraźniej jeszcze się u mnie nie skończył. Dzisiejszy wszedł bez pukania.
Jeszcze studia. Jeszcze jedno odtworzenie
Obok muzyki czekają studia. Zajęcia mają swoje godziny, zadania swoje terminy, a materiały do przeczytania bardzo dobrze znają pojęcie objętości.
Są też wiadomości, zakupy, codzienne obowiązki. Ludzie, dla których chcę znaleźć czas. Zwykłe sprawy domagające się zwykłej obecności.
Nie umiem uczciwie obiecać, że każda z dzisiejszych płyt szybko dostanie osobny artykuł. Już sama ta lista wyraźnie przecenia moją dostępność.
Mógłbym przyspieszyć: jeden odsłuch, trzy przymiotniki, publikacja. Tylko że potem wróciłbym do piosenki i znalazł w niej coś znacznie ciekawszego od własnego tekstu.
Zdarza mi się zatrzymać przy drobiazgu. Jednym słowie, oddechu przed wejściem głosu, instrumencie, który wcześniej schował się za innym.
Cofam. Jeszcze raz. Po kilku minutach zauważam, że nie dopisałem ani zdania. Cały misterny plan publikacji przesunął się o kolejny refren.
Z punktu widzenia wydajności: dramat.
Z punktu widzenia powodu, dla którego prowadzę Tony Muzyki: wszystko się zgadza.
Kiedy patrzę na ten zestaw, widzę różne rozmiary czasu. Wieczorną improwizację Kiwanuki, obracane strony Nosowskiej, kolejne wersje piosenek Fine, długo dojrzewające pomysły Morimoto.
Widzę pół godziny .Paaka i Cordae, wspomnienia NANGI, wspólną chwilę EWA KOC i Fontaines D.C., którzy czekają na wolny kawałek mojego tygodnia.
W odtwarzaczach zostają wybrane piosenki. Można zacząć od jednej. Przy której zatrzymasz się dłużej, niż planowałeś?
Ja na razie wracam do Fisza, Emade i głosu Barbary Wrońskiej. Do utworu, który ma już kilka lat, a nadal bez trudu zajmuje mi teraźniejszość.
Na ekranie kolejka. Obok materiały na studia. W głowie rytm, który żadnego z tych zobowiązań nie zamierza potraktować z należytą powagą.
Miałem sprawdzić tylko jeden fragment.
Mam za mało czasu. Szczęśliwie ciągle mam na co.












Komentarze
0